sobota, 11 lutego 2023

Płacząca wierzba


Oto jeden z półtorej setki tekstów będący częścią drugiej książki, która, być może trafi do wydawcy w niedługim czasie. Nie zdradzę tytułu. Ksiązka zawiera wiele opowieści, będących treścią życia jednej kobiety. Jej życie było cudem, spotykała na swoje drodze zwykłych ludzi, którzy opowiadając jej historie swego życia ulegali przemianie: ich smutek, żal, pretensje do innych ludzi, Boga, pełne cierpienia doświadczenia własnego życia, nagle zaczęli postrzegać jako informacje, znaki i kamienie milowe prowadzące ich do zrozumienia natury życia, swojej własnej natury. Gdy usłyszeli siebie, przyjrzeli się własnym słowom, swoim łzom wstępowała w nich radość, odkrywali szczęście, cud życia, ich ścieżka prostowała się.

A główna bohaterka słuchając tych opowieści pomagała sobie, uczyła się i swoją obecnością pomagała innym. Nie nauczała, rzadko używała słów – słuchała. I to wystarczało. W tym się przejawiało jej współczucie, miłość do życia, wszelkich istot na jej ścieżce – darem słuchania. To rzadka dzisiaj umiejętność, to rzadki dar. O tym jest ta książka, o tym są te opowieści.  Oto jedna z nich.

Placząca wierzba

Pół roku po upadku dzielącego braci muru, zajechała pod mój dom limuzyna na zagranicznych numerach. Siedziałam akurat na ławce słuchając słowika, chłonąc woń kwitnącej lipy, wpatrując się w jasne i gorące słońce.

Z samochodu wysiadł staruszek, podszedł do mnie podpierając się laską. Przypatrywał się mi, a ja jemu. Nie odezwaliśmy się słowem, by ukryć drżenie głosu, a być może i płacz. Usadziłam go na ławce, a sama wbiegłam do domu, by po chwili wrócić z małym przedmiotem w ręce. Włożyłam go w jego dłoń, a on natychmiast się rozpłakał. W międzyczasie z samochodu wysiadła kobieta i wtuliła się w starca, łącząc się z nim w płaczu.

Minął może kwadrans, gdy padło pierwsze słowo, gdy padli też w moje objęcia. Starzec w końcu rzekł: „Wróciłem, wróciliśmy, by spełnić obietnicę.” Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy pod płaczącą wierzbę.

 Rośnie dokładnie w środku drogi miedzy domem rodziców, a domem babci, przy skrzyżowaniu z inną drogą, samotnie wśród pól i łąk, nad małym strumykiem. Często tamtędy przechodziłam z siostrą, z babcią, z przyjaciółką, lub przejeżdżaliśmy samochodem z Doktorem. Najczęściej jednak bywałam tam sama. Siadałam tam i płakałam razem z nią. Nie, nie wiem, czemu. Ona pewnie urodziła się po to, by płakać. Płakała ze współczucia, a może ze smutku, a może, by ująć tego innym istotom - nie wiem. Tak to nieraz czułam, ona jest po to, by płakać, ptaki po to, by radować duszę, kłosy zbóż na polu obok, by żywić, strumyk, by poić spragnionych, słońce, by ocieplać, by rozświetkać, by podtrzymywać życie, a ja po to, by to obserwować, by się tym cieszyć.

  Czasem podjeżdżała tu rowerem moja przyjaciółka, a do domu jechałyśmy na zmianę, ona mnie sadzała na ramie i wiozła, lub ja ją wiozłam. Tak było do momentu, aż któregoś roku, pod choinkę dostałam rower, mam go do dzisiaj.

Tu przesiadywałam. Nic tu nie było do zrobienia, wystarczyło siedzenie, lub leżenie. Obserwowałam chwiejące się na swych jedynych nogach kłosy zbóż, lub traw, maki i chabry, próbujące bawić się w chowanego przed moim wzrokiem. Wiszące, długie, siegające prawie do ziemi, zielone, wierzbowe łzy, huśtając się odsłaniały mi raz po raz, kawałek błekitu nieba, biel lub szarośc chmur.  Zawieszone nad polem skowronki powtarzały ciagle tę samą zwrotkę piosenki. Było tak muzycznie, malarsko, poetycko, że gdybym cokolwiek chciała tu robić, psułabym. Wystarczyło być.

W jedną ze śnieżnych zim przyszłyśmy z przyjaciółką zobaczyć, w jakim kolorze są tam teraz jej łzy. Były w kolorze styczniowego śniegu. Jesienią żółte, a nocą czarne. Tak, sprawdzałyśmy to nawet nocą, nawet nie raz, także w noc Kupały, razem z babcią i Doktorem. Były w kolorze księżycowego srebra, a pod nimi, na ziemi w kolorze świetlikowej, jasnej zieleni. On sprawdzał moją i jego córki czujność, opowiadając nam, iż świecące u naszych stóp punkciki, to kwiaty paproci, które przyniósł tu wiatr. „Tak – odpowiadałyśmy - przyniósł je wiatr na grzbietach świętojańskich robaczków.”

Babcia i Doktor nie pytali, co tam robiłyśmy, bo wiedzieli, że nicnierobienie jest prawdziwą i duchową formą bycia, natomiast, gdy moja mama o to samo pytała, a ja odpowiadałam, że nic tam nie robimy, to zawsze stukała się w czoło i mówiła: „Nie kłam! Przeciez nie można nic nie robić, zawsze coś robisz. Obie jesteście stuknięte.”

Tak, to prawda, byłyśmy stuknięte i to porządnie. Nam to nie przeszkadzało, cieszyłyśmy się tym naszym stuknięciem.

Tu, na tym pustkowiu, wierzba była samotna i tego mnie uczyla – radosnego bycia w samotności.

W czasie wojny spotkałam tam kogoś, kto docenił ją za to samo, co ja. Leżałam sobie pod wierzbą, w jej cieniu, wśród wysokich traw, a kilka jej długich łez, poruszanych lekkim wiatrem łaskotało moją twarz. Usłyszałam z dali warkot motocykla, lecz nie ruszyłam się. Motocykl zatrzymał się na skrzyżowaniu dwóch polnych ścieżek, ktoś z niego wysiadł i podszedł bliżej mnie, zobaczyłam niemieckiego zołnierza, groźnie wygladającego, w wielkim hełmie, z karabinem na plecach. Nie podniosłam nawet głowy, po prostu patrzyłam na niego. Nie bałam się. Wojna była dla mnie tylko opowieścią innych ludzi: Doktora, jego przyjaciela, no i babci z opowieści dziadka. Lecz oboje nigdy nie straszyli mnie nią, jeśli o niej mówili, to raczej, jako jej przeciwnicy, jako gołębie pokoju, niż historycy, czy malarze opisujący najtragiczniejsze fakty.

Miałam wtedy osiem lat, strach już nie był moim towarzyszem, więc leżałam spokojnie tak jakby to mój tata odwiedził mnie pod moim ulubionym drzewem. A tak naprawdę, to on mnie się bardziej przestraszył, niż ja jego. Zszedł z motoru wysiusiać się, a tu nagle odkrył przypadkowego świadka, którego się nie spodziewał.  Zawstydził się lekko, lecz w końcu się zaśmiał. Podszedł blizej i usiadł obok mnie. Trochę znał mojego języka, ja trochę jego, więc się łatwo dogadaliśmy. Wyciągnął z kieszeni fotografię i mi ją pokazał. Powiedział:

„To moja córka, jesteś do niej podobna i gdy przed chwilą cię zobaczyłem, pomyślałem, że przyjechała, by mnie odwiedzić. Pewnie płacze tęskniąc do mnie. Byliśmy tylko we dwójkę, mama umarła. Pewnego dnia, siedzieliśmy przy stole, jedliśmy nasze ulubione kluski i przyszli żołnierze, i zabrali mnie na wojnę. Gdy się żegnalismy płakała, i błagała: „Tato wróć!”

Dała mi to serduszko. Zrobiła je specjalnie dla mnie, z kawałka kory drzewa, przy, którym lubiliśmy razem siedzieć. W środek włożyła swoje zdjęcie. Ja jej dałem takie same, z moim zdjęciem.”

Kontynuował: „Obiecałem, że wrócę z serduszkiem, a ona mi obiecała, że będzie czekać. ” Wskazał palcem na swój karabin: „Nie cierpię tego. To nie nasza wojna, nie moja, i nie tego, do którego strzelam, to wojna tych, co nas posłali. A ja pytam, dlaczego ma ginąć niewinny człowiek? Kto wie, może to mój przyjaciel, może też gra w orkiestrze, tak jak ja? Przecież moglibyśmy razem grać, zamiast się zabijać. Całe życie trzymałem w rękach skrzypce, grałem w orkiestrze, razem z żoną, Polką. Rok przed wojną, na ulicy, pobili ją za to, że powiedziała słowo po polsku. Umarła. Moja córka pięknie gra, nauczyłem ją. Wrócę, razem będziemy grać w orkiestrze. Może kiedyś zagramy we dwójkę specjalnie dla ciebie. Tak, obiecuję, przyjedziemy i tu, w tym miejscu, zagramy dla ciebie i tego samotnego drzewa.”

 Wsiadł na motor i odjechał.

Ponad dwa lata później, w miejscu naszego spotkania, znalazłam, żołnierski, oficerski, niemiecki hełm, a pod nim list, a w nim serduszko z podobizną jego córki, to, które mi pokazywał. W liście przeczytałam:

„Moja kochana córka zginęła w naszym domu. Zniszczyła go bomba z samolotu. Nie mogła dotrzymać obietnicy, nie mogę i ja, by jej zwrócić to serduszko. Przyjmij je ode mnie. Jesteś tak do niej podobna, masz tak samo kochające serce, tak mi ją przypominasz, czuję jakby część jej była w tobie. Będę pamiętał was obie, będę się pocieszał, że ta jej dobroć, że inne serce, tak kochające jak jej, choć nie przy mnie, to bije nadal. Przyjmij je.”

Zapłakałyśmy wtedy razem – i ja, i wierzba.

Wysiedliśmy z samochodu, staruszek chwycił skrzypce, a ona instrument klawiszowy. Rozłożyli to pod drzewem i tu, w tym świętym miejscu, spacjalnie dla mnie i dla tego samotnego drzewa zagrali. Spełnili obietnicę. Popłynęła ich muzyczna i jego słowna opowieść.

 „Przetrwałem dzięki pamięci ciebie. Podtrzymałaś we mnie nadzieję, wiarę w to, że warto żyć. Po wojnie wróciłem, by odbudować dom. Ożeniłem się, ponownie z Polką, mam trzech synów, a to moja wnuczka, córka jednego z nich. Któregoś dnia zrozumiałem, że nie będzie mi dane doczekać córki, a kolejnego uświadomiłem sobie, że ty nią jesteś – zobaczyłem córkę w tobie i pogodziłem się z życiem. Nauczyłem się godzić z jego wyrokami. Moja wnuczka pokochała muzykę, tak jak moja córka, tak jak ty i gra teraz ze mną w jednej orkiestrze. Jest pianistką. Szczególnie ukochała Chopina i jego na początek zagra. Ona jest niemową, potrafi przemawiać muzyką.”

Zagrali. Słuchałam i płakałam. Spod palców przemawiającej muzyką uniosły się, na chwilę, obrazy – zobaczyłam babcię, Doktora, moją przyjaciółkę. Po chwili wspomnienia odeszły, znlazłam się na powrót z muzykami pod wierzbą. Z tej małej filharmonii, mieszczącej się pod łzami płaczącej wierzby płynęła opowieść, pełna radości opowieść o miłości, pokoju, zaufaniu, opowieść o wolności. Jednym głosem, w przyjaźni, zgodnie, w pełnym zrozumieniu przemawiały, porozumiewały się skrzypce i fortepian, jak człowiek z człowiekiem, jak przyjaciele, kochający się prawdziwie ludzie, niegdysiejsi wrogowie. Niosła się w świat opowieść o zaufaniu do muzyki serc i dusz, nie do słów przywódców, nie do głosów ludzi, lecz zaufaniu do życia, tego, co przyniesie, nie do przyszłości malowanej słowami, obietnicami, wyobrażeniami.

Tu, w tym miejscu, w tej chwili, ujrzałam i usłyszałam kolejny z cudów życia: niepotrafiąca mówić kobieta, wypowiedziała muzyką więcej o prawdzie życia, niż miliony przemawiających głosem, słowem. Tu, w tej chwili, w tej pełnej muzyki uczuć chwili, po raz kolejny ujrzałam ludzi, którzy zrozumieli i przyłączyli się do mojej misji rozsyłania kręgów na wodzie.  

Piotr Kiewra

piątek, 5 listopada 2021

Czerwony Stawek

 


90. Tajemnice pamiętnika samotnego górskiego wędrowca*


Ścieżka na Krzyżne nigdy nie jest zatłoczona, bywa, że jest pusta ( dla mnie to dziwne, bo to jedna z najpiękniejszych ścieżek w Tatrach, ścieżka dla wrażliwych dusz). Od czasu do czasu pojawia się tam jakiś samotny wędrowiec, jakaś para, nieliczna grupka. Wieczorem zbiegają nią turyści z Orlej Perci. Dzisiaj znowu na niej jestem.

Od dawna, i to coraz częściej, zdarza mi się zatrzymać w pół kroku na drodze, czy to w górach, czy w lesie … Po prostu zatrzymuje mnie coś, jakiś głos, jakieś wołanie, jakiś szept, jakaś cisza we mnie … stoję wtedy, siadam i siedzę, czy to na początku ścieżki, w środku, czy prawie u celu. Siedzę wtedy godzinę, wiele godzin, do końca dnia, zdarzyło mi się też zatrzymać i na noc w górach, a kiedyś nawet na kilka dni, na Rusinowej Polanie, wśród górali.

Dzisiaj znowu zatrzymał mnie Czerwony Stawek. Usiadłam na jego brzegu i siedziałam. Wpatrywałam się w wodę, w niebo i chmury. Moja wędrówka w górach się zatrzymuje, lecz trwa ta wewnętrzna. O tej nic nie potrafię powiedzieć, w niej nie są obecne myśli i słowa …

Tak trwałam – ciałem, sercem i zmysłami nad Czerwonym Stawkiem, duszą w jakiejś innej przestrzeni.

Po jakiejś godzince, pustym do tej pory kamiennym chodnikiem do Czerwonego Stawku, od strony Hali Gąsienicowej, zbliżała się jakaś para. Patrzyli na mnie, po kilku minutach usiedli. Dalej rozmawiali i spoglądali w moją stronę, i jakby się naradzali. Po kwadransie podnieśli się i podeszli do mnie.

- Dzień dobry! – przywitali się. – Dzień dobry! - odpowiedziałam.

- Pewnie pani sobie nas nie przypomina. Dokładnie dwanaście lat temu siedziała pani nad tym stawkiem. Dokładnie oboje to pamiętamy, bo ja i moja żona, tu w tym miejscu, wtedy właśnie spotkaliśmy się pierwszy raz. Siedzieliśmy nieopodal i rozmawialiśmy na pani temat. Tu, w tym miejscu rozpoczęła się nasza wspólna ścieżka życia, wkrótce się pobraliśmy, i tak to trwa do dzisiaj.

I dzisiaj, gdy panią tu ujrzeliśmy nie mogliśmy uwierzyć. To tak jakby tamten czas wrócił. Wszystko się powtórzyło …

Wtedy rozmawialiśmy o tym, że jest pani tu zupełnie sama i wygląda pani na szczęśliwą. Ta rozmowa o samotności, o górach, o samotnych wędrówkach, o pani samotności, bardzo, nas zbliżyła. Wyruszyliśmy wtedy rankiem na trasę, ja samotny chłopak, moja obecna żona, wtedy samotna dziewczyna i tu się wtedy spotkaliśmy. To miejsce, te okoliczności i pani niechcący, połączyliście nas.

Dzisiaj tu przyszliśmy, by w tym samym miejscu, porozmawiać, próbować się porozumieć, bo przeżywamy kryzys, jesteśmy blisko decyzji o rozwodzie. I … nie mogliśmy uwierzyć. Dwanaście lat później, ten sam dzień miesiąca, też sierpień, też Czerwony Stawek, nawet ta sama godzina. I dokładnie w tym samym miejscu pani. To nie może być zbieg okoliczności, to cud. Naprawdę cud. Gdy sobie to uświadomiliśmy, tam po drugiej stronie stawku, coś w nas zawibrowało, znowu zagrały w nas te same energie, znowu poczuliśmy się na nowo zakochani.”

Mężczyzna rozpłakał się rzewnymi łzami i nie mógł już mówić. Tak samo jego żona. Gdzieś w moim wnętrzu też płakałam.

Wypłakali się oboje. Ona przełknęła jeszcze kilka łez, resztę rozmazała po twarzy i przemówiła drżącym głosem, co chwilę przerywanym szlochaniem:

- Kim pani jest? Znowu pani nas łączy. To wszystko jest tak … nie do uwierzenia. Pani … pani całkiem sama …  i szczęśliwa …  i ten stawek …  góry …  ten ktoś nad nami, tam w niebie ... Nie, nie potrafimy z mężem tego zrozumieć. Nie musimy już rozmawiać, porozumiewać  … Wszystko się samo naprawiło. Dziękujemy, że pani tu znowu jest! Dziękujemy za pani istnienie, kimkolwiek pani jest!

I znowu się rozszlochali.

Słuchałam tak samo zdumiona jak oni. Tak samo jak oni szlochałam. I nic im nie powiedziałam, tak jak wtedy … No, bo co mogłabym powiedzieć? Słowa są tak małe, tak ulotne, a rzeczy wokół i tajemnice tak wielkie …

 

Piotr Kiewra

* Zestaw opowieści z pamiętnika kobiety samotnie wędrującej po Tatrach przez 60 lat. Spotkałem ją kiedyś przy jakiejś rodzinnej  okazji. Przegadaliśmy o Tatrach cały dzień. Po jej śmierci pamiętnik trafił w moje ręce z adnotacją by korzystać z niego w pisanych przeze mnie opowiadaniach. Dotychczas ukazało się na blogu "rozmowy z wiatrem" ponad 80 jej wspomnień. Opowieści to niezwykłe bo ukazała tam piękno nie tylko Tatr ale i ludzkiej duszy. Mimo że wędrowała sama, to te wędrówki obfitują w spotkania wielu ciekawych ludzi, wiele przygód i wiele życiowych mądrości  zdobywanych tu, na tatrzańskich ścieżkach.

wtorek, 2 listopada 2021

Zaciągnięta w góry, czyli mój pierwszy raz w Tatrach i firanka w oknie..


89. Tajemnice pamiętnika samotnego górskiego wędrowca*


To może wydać się dziwne, ale o początkach wędrówek autorki pamiętnika mogłem poczytać dopiero grubo po jego połowie. Oto ta opowieść:

Dzisiaj napotkałam ludzi, dwoje przyjaciół, których znajomi podstępem zaprosili w góry. Opierali się, ale gdy spojrzeli na nie z dala, gdy postawili tam parę kroków … zostali oczarowani. I chodzą już tu od lat, wdzięczni i szczęśliwi. Spytali mnie o mój pierwszy raz. Siedzieliśmy na mchu i głazach, na skraju Smreczyńskiego Stawu. Nasze oczy zgłębiały naprzemiennie to ciemną jego toń, to zamgloną przestrzeń powyżej. Myśl natomiast powędrowała w bardziej  odległą przestrzeń ...

Było to tak:

Moi kumple ze studiów zaciągnęli mnie siłą w góry. Gdy przyjechaliśmy do Zakopanego padało, mżyło. Gór nie było widać, ale kumple obiecali, że jutro będę oczarowana. Następnego dnia tonęliśmy we mgle w mieście, gór nadal nie było widać. Jednak kazali zarzucić plecak i ruszyliśmy. Nie powiedzieli, co powinno w nim być. Byłam zielona, bezradna, nic nie wiedziałam o górach i zapłaciłam za to cenę.

Miałam być oczarowana Tatrami a w tej pierwszej wycieczce byłam rozczarowana: zmordowana podejściem po niekończących się schodach, rozczarowana tym, co na szczycie, wściekła na kumpli i kumpelki, na cały świat. Oburzona ich kłamstwami.

W tamtym czasie tak widziałam świat: wstrętny, zły, brzydki, pełen złych ludzi, pełen kłamstw,  obłudy, wykorzystywania.

Zaprowadzili mnie na Czerwone Wierchy. Co parę minut lało w drodze na górę, na szczytach sypał śnieg, wiało, że mało mnie nie przewracało.  Zmarzłam na kość, ubrana w letnie ciuchy, w pożyczonej kurtce, w jakimś co chwilę zrywanym wiatrem kawałku starej, wojskowej pałatki przeciwdeszczowej, w śliskich trampkach. Nic nie widziałam, tylko kamyki pod nogami. Czerwone Wierchy wcale nie były czerwone, lecz szare, bure, nieprzyjazne, wręcz wrogie. Co chwilę się potykałam. Prosiłam kumpli by już wracać, a oni się śmiali, poklepywali, że dam radę, że jeszcze tylko ten drugi szczyt, później, że następny i jeszcze kolejny. Prowadzili mnie płączącą, wystraszoną aż do Kasprowego. Mieliśmy zjechać wagonikiem kolejki, ale … nie kursowała, bo wiatr za silny. No, więc zbiegaliśmy po kamykach w dół. Zbiegałam … ja w moich trampkach. Czułam każdy kamyk lecz pędziłam z myślą, że pocierpię jeszcze chwilę, ale moja noga nie postanie już nigdy więcej w górach.

Biegłam i krzyczałam na nich, na siebie, na Tatry.

Kolejnego dnia nie miałam zamiaru iść w góry, chciałam wracać do domu, nawet spakowałam już plecak. Koleżanka z pokoju próbowała mnie przekonać, że dzisiaj będzie inaczej, bo wyjdzie słońce. Nie wierzyłam. Gdyby wszedł do naszego pokoju, któryś z moich kumpli, pewnie nic mnie by już nie zatrzymało, lecz koleżanka, w ostatniej, desperackiej próbie zamiast używać słów, odsłoniła firankę.

Zobaczyłam to. Świeciło słońce na błękitnym niebie, jedne wierzchołki skrzyły się wczorajszą wilgocią jakby wyłożone lustrami, inne chowały się w cieniu, a jeszcze inne tonęły w chmurach. Koleżanka wskazała palcem na ten połyskujący: - To Giewont. A te dalsze i wyższe to Czerwone Wierchy. Tam wczoraj byliśmy. - objaśniła.
Coś mnie dotknęło. Nie wiedziałam, co to było, chyba coś w środku.

Marudziłam i w końcu zamiast w góry poszliśmy do miasta. Zobaczyłam tam ludzi, wędrowców, ludzi innych niż ja. Nie wiem, na czym ta inność polegała, ale byli inni. Czułam, że są inni.

Chodziliśmy większość dnia ulicami, a od czasu do czasu spoglądałam ponad dachy budynków i widziałam wierzchołki Tatr. Coś się stało, coś się odmieniało we mnie. Przy każdej kolejnej takiej panoramie, coś silniej się we mnie budziło. Pod wieczór już na tyle zmiękłam, iż dałam się namówić na Nosal.

To jeszcze nie było to. Nosal nie był już wrogiem, ale góry jeszcze nie były moim przyjacielem.

Następnego dnia poszliśmy na Halę Gąsienicową. Gdy ją ujrzałam, obudziałam się z brzydkiego snu. Poczułam się tak jakby w moją głowę uderzył meteoryt, postanowiłam następnego dnia to powtórzyć już sama lub z koleżanką. Poszłyśmy.

Od tego następnego dnia, nikt żadną siłą nie odciagnąłby mnie od Tatr, za żadne pieniądze nie spędziłabym wakacji, gdzie indziej. Po prostu zakochałam się.

Tego dnia postanowiłam zapisywać moje odczucia, te ważne chwile na ścieżkach oraz to, co z nich wyrosło, wszystkie nasiona i kwiaty, które się później pojawiały w sercu i duszy.

Te chwile to najważniejsze chwile w moim życiu. Moje życie zyskało nową wartość, nową podnietę, inspirację, nadzieję, wiarę, zyskało miłość. Poznałam, czym ona jest. To był proces, to była długa ścieżka. Trwa już całe moje życie. Idę nią i będę szła póki nogi będą zdolne mnie nieść.

Dzięki tym ścieżkom wiele odkryłam, odkryłam wiele tajemnic, największych skarbów, jakie człowiek może odnaleźć. Nie mówię o tajemnicach gór i dolin. Mówię o górach i dolinach ludzkiego wnętrza, ludzkiej – mojej duszy.

Najpierw zmieniło się postrzeganie świata.  Zaczęłam zauważać w nim więcej piękna,  dobra, dobrych ludzi. Zaczęłam dostrzegać coraz więcej głębi i w świecie i w ludziach, i w sobie.
Tatry stały się klimatem do moich badań ... badań natury rzeczy, natury gór, ciala, ludzkiej psychiki, natury serca i duszy.

Moim narzędziem była i jest wędrówka.  Tak, po prostu wędrówka. Wędrówka to nie tylko przebieranie nogami, schody w górę i w dół, to nie tylko sycenie oczu widokami. Wędrówka to kontemplacja, medytacja, czyli wnikanie właśnie w naturę rzeczy, ale przede wszystkim obserwowanie. Obserwowanie tym wewnętrznym okiem wszystkiego, co przepływa obok i we mnie, głównie własnych myśli.

To Tatry pomogły mi poznać wiele prawd, na których poznanie gdzie indziej musiałabym przeznaczyć może z tysiąc lat, wiele kolejnych żywotów. Spotkałam wielu ludzi, moich zwierciadeł, w których przeglądałam się i odnajdywałam swoje ukryte oblicza. Pewnie i ja ich inspirowałam, bo okazywali mi wdzięczność. Tak bywało i nadal jest.

Dziękuję. Takie jest życie, ktoś ci odsłoni firankę i wszystko się odmienia.

 

Piotr Kiewra

niedziela, 31 października 2021

Echo na Kominiarskim Wierchu oraz sezon wycieczkowy

 87-88. Tajemnice pamiętnika samotnego górskiego wędrowca*



Kominiarski Wierch obok Hali Gąsienicowej, Małej Łąki i Doliny Kościeliskiej i Smreczyńskiego Stawu to najczęściej odwiedzane przez autorkę pamiętnika miejsca w Tatrach. W pierwszej połowie pamiętnika ich nazwy najczęściej wymienia w kolejnych wpisach.  Na Kominiarski Wierch, niestety nie możemy już podążyć jej śladem, bo szlak na niego prowadzący został dawno temu na stałe zamknięty. Spośród wielu wpisów o nim przybliżam dwa. Kolejność w oryginale jest odwrotna, ten pierwszy z drugiej połowy lat osiemdziesiątych, drugi jest dwadzieścia lat wcześniejszy, z lat sześćdziesiątych, ale tu jakoś inaczej mi to pasowało …


Echo

W Tatrach nie wybieram ścieżek, same mnie przyciągają. Dzieje się to spontanicznie. Często rządzi przypadek: pogoda, ludzka prośba o towarzystwo w górach, jakieś pytanie od wędrujących obok mnie, czy mijających mnie piechurów, opóźnienie w rozkładzie jazdy autobusu, lub nawet moja pomyłka. Kiedyś wybierali za mnie moi koledzy ze studiów. Oni decydowali o tym, gdzie pójdziemy. Trwało to krótko, bo już przy drugiej, czy trzeciej z nimi wycieczce zbuntowałam się. Od tej pory jest inaczej.

Dzisiaj się pomyliłam. Pomyliłam autobus i zamiast do Kuźnic zawiósł mnie do Chochołowskiej. Tam obok Siwego Potoku płynął ten ludzki. Ten drugi był tak hałaśliwy, że jego echo niosło się po okolicznych halach, lasach, ścianach. W poszukiwaniu ciszy skręciłam w bok, ku Iwaniackiej Przełęczy.

No tak, znowu jestem na ścieżce na Kominiarski. To nic, że przez pomyłkę …

Jestem tu szczęśliwa. Tu na ścieżce i tam na szczycie czuję się królową: królową gór, i widocznych stąd pięciu, czy sześciu dolin, królową wśród szybujących nad nami orłów. Ten Wierch to moje orle gniazdo. Gdzieś tu w ścianach mają swoje gniazda te wielkie ptaki, a to moje jest najwyżej, na samym czubku.

Co tu robię? Jestem, patrzę, siedzę w ciszy. Nie mówię o tej ciszy, która się zdarza przy bezwietrzności, gdy zamilknie ptak, gdy obok nie ma gadających głów, mówię o tej, o której nic nie da się powiedzieć. Nie poluję jak orzeł nade mną, na nic nie czekam, ot patrzę. Nie myślę – patrzę.

Naprawdę nigdzie w Tatrach, na żadnym wierzchołku, tak się nie czuję jak tu. Dla mnie to tatrzański Everest. Jest tak samo samotny jak ja. Jest tak samo cichy, dlatego tak często tu bywam. Bywają tu tłumy, wycieczki, sama jedną kiedyś tu przyprowadziłam. Jednak więcej już tego nie zrobię. To nie jest miejsce dla wycieczek, dla zdobywców, to miejsce dla zakochanych: prawdziwie, głęboko kochających drugiego człowieka, kochających naturę, wiatr, słońce, samotność. To miejsce dla uczących się kochać siebie …

Naprawdę. To sobie dziś uświadomiłam, że to miejsce sprzyjało w mojej nauce. I teraz, gdy już pokochałam i jest mi z tym dobrze jak nigdy wcześniej nie było, to … usłyszałam, że niedługo mają tę ścieżkę i ten szczyt zamknąć. No cóż … Teraz, gdy już potrafię akceptować wszystko, to i pogodzę się z tym.

 Gdzie ja znajdę mój inny Everest, gdzie odnajdę taki wiatr, tak okalające mnie przez cały dzień, bez innego cienia niż mój, słońce? Gdzie odnajdę tak samotny szczyt, miejsce, gdzie będę mogła pokrólować orłom? Gdzie odnajdę taką ciszę jak tu? Chyba tylko w sobie … 

Wokół mojego gniazda pokręciło się dzisiaj wielu wędrówców, nie zakłocili mojej ciszy, zrobił to orzeł. Przysiadł, gdzieś poniżej mnie, na jakimś luźnym kamieniu, a ten osunął mu się spod pazurów. Echo uruchomionej w ten sposób lawiny niosło się przez ładnych parę minut.

Teraz siedzę w domu i piszę te słowa, a echo trwa, nadal się niesie. Tak, dusza nie ma granic, więc jeśli zdarzy się w niej jakieś echo to pozostaje już na zawsze …

 

Sezon wycieczkowy

W samym środku czerwca, koleżanki z pracy namówiły mnie na wycieczkę szkolną. Jakoś nie za dobrze znoszę tłumne chodzenie za przewodnikiem i się opierałam, ale gdy doprecyzowały, że w planie są Tatry od razu stanęłam na baczność i … mnie miały.  W pociągu wiozącym nas do mojego raju przysłuchiwałam się rozmowom moich koleżanek, prawie się kłóciły nad planem wycieczki. Jedna rysowała bardzo ambitny plan, druga wręcz przeciwnie – minimalistyczny: owszem miasto, świat gór z daleka, „bo po co się męczyć, przecież to tylko wycieczka, jedziemy tam by wypocząć”, więc co najwyżej Gubałówka kolejką. W końcu pytają mnie o zdanie. Mówię: - Nie jedziecie tam dla siebie, tylko dla młodzieży. Pozwólcie im to miejsce pokochać lub znienawidzieć. Niech sami zobaczą i wybiorą, choć to trudne w grupie, bo jedni pokochają, inni znienawidzą na zawsze. Od was wiele zależy, więc … nie motywujcie, ani nie zniechęcajcie, niech to wygląda tak jakby … to oni prowadzili nas, wstrętne belferki i stare baby, na wycieczkę. Pogadam z przewodnikiem, opiszę im naszą młodzież, ich sprawność, wrażliwość, zainteresowania, on im zaproponuje, a my się zgodzimy. No jak, może być?

No i tak zrobiliśmy. Pierwszego dnia przewodnik zaprowadził nas do Strążyskiej, a później przez Sarnią Skałę do Doliny Białego, drugiego na Halę Gąsienicową, a później na Kasprowy, a trzeciego czekała nas, a szczególnie mnie, niespodzianka, zabrał nas na Kominiarski Wierch.

Byłam tu już może z dziesiąty raz, a zachwycona jak za pierwszym razem. Nie przyznałam się jednak ani przewodnikowi, ani moim koleżankom. Przewodnik, ciekawie opowiadał, lecz ja wolę góry, a nie ich historię, wolę na nie patrzeć i niekoniecznie muszę znać nazwy szczytów i dolin wokół. Nie muszę wiedzieć o tutejszych jaskiniach, kopalniach, które kiedyś tu eksploatowano. Odeszłam więc nieco na bok, by pobyć chwilę sama z górami. Przewodnik patrząc na mnie zaproponował pół godzinki kontemplacji tu na szczycie całej grupie. Po chwili podszedł do mnie i powiedział: - Dziękuję. Dałaś mi do zrozumienia, że góry to też chwila samotności tu w górach, że, być może, oprócz wiadomości i sugestii z mojej strony wobec moich podopiecznych, by spojrzeli na to lub na tamto, potrzebują tego, czego ty potrzebujesz, bycia z boku, sam na sam z górami i ze sobą. Naprawdę zrozumiałem to. Dziękuję!

Mało się nie popłakałam, gdy rozejrzałam się wokół. Młodzież rozeszła się po rozległym wierzchołku, niektórzy usiedli w grupkach, niektórzy sami. I patrzyli, słuchali, byli … Byłam wzruszona. Tak samo moje koleżanki.

W pociagu, później w drodze powrotnej, przyznały się, że to była ich najlepsza wycieczka w życiu. Nie potrafią powiedzieć, co się stało, ale jakiś duch opanował je, młodzież i na pewno mnie, bo widzą, że głęboko przeżywałam te górskie chwile. – Cieszymy się, że pokazałyśmy ci góry, pewnie tu wrócisz. – powiedziały. Udałam skromny uśmiech, a tak naprawdę o mało nie wybuchłam czymś tak gromkim, jak burza w górach. - Wrócę na pewno i to już za parę dni. – usłyszałam odpowiedź gdzieś z mojego wnętrza.

Piotr Kiewra

  

niedziela, 24 października 2021

Wielki podryw

86. Tajemnice pamiętnika samotnego górskiego wędrowca* 

 Ile to razy wędrowałam w Tatrach? Ile razy wędrowałam sama? Niewiele. Dlaczego? Bo ciągle podrywają mnie faceci, hihi. Ilu tu już próbowało? Może z tysiąc? E, więcej, hihihi. Nie piszę o nich, bo musiałabym powtarzać ciągle to samo (chyba kopiują scenariusze jeden od drugiego, hihihi). I sami rezygnowali, po kawałku ścieżki ze mną. Dlaczego? 

 Ten dzisiejszy facet był inny, bo szczery i znał się na ludziach, no i kocha Tatry. Tamci przyjechali w Tatry, by poderwać babkę, która leż lubi tu bywać, a ten przyjechał, by tu być, a tę różnicę doskonale znam, bo … jestem tu z tego samego powodu. 

 No i … tego ja podrywałam. Naprawdę, dosłownie. Otóż, gdzieś w połowie Roztoki, na mokrych kamykach, obok potoku, wyłożył się jak długi, no i … podrywałam go z tych kamieni, obolałego, przemoczonego i … zawstydzonego, bo przecież … widziałam jego upadek.

 Usiedliśmy, lecz po chwili jakoś się pozbierał i ruszyliśmy na Zawrat. Minęliśmy w ciszy Wielką Siklawę, Pięć Stawów. Nie było z jego strony żadnych słownych„ochów” i „achów”, były gdzieś w jego środku, widziałam i czułam to, bo … znam to u mnie. I na tym polegała jego szczerość i miłość do gór. Wyrażały się w ciszy, w sposobie bycia. Natomiast jego znajomość ludzi wynika ze znajomości siebie, o czym przekonałam się już znacznie wyżej, na samej Przełęczy Zawrat, tym razem pustej, bez tłumów, za to w gęstej chmurze. 

Przyszła gdzieś z dołu, a wraz z nią przyszły jego słowa. Oto, co mi wyznał: 
 - Pierwszy raz to mi się zdarzyło, by się potknąć na górskiej ścieżce. Zawsze byłem uważny, a tu taki wstyd i to przed kobietą. Przyznam ci się, że chciałem z tobą zagadać i szukałem jakiegoś pretekstu i nic mi do głowy nie przychodziło. Od Wodogrzmotów roiło się mi w głowie od tysięcy różnych słów na tę okazję, aż w końcu … bach. 
 No i okazało się, że słowa były niepotrzebne. Teraz z tego się śmiejemy, ale … moim kościom nadal nie do śmiechu. Powiem ci, że … teraz to rozumiem … trudno się podrywa ludzi szczęśliwych. 
Człowieka szczęśliwego: kobietę, mężczyznę, nie kupisz słowem, nie zafascynujesz elokwencją, urodą ciała, wiedzą, humorem, czy opowieściami o swoim smutku, nieszczęściu. Nie zaspokoisz jego pragnienia, by nie być samotnym nie tylko na górskiej ścieżce, ale i w życiu. U takiego człowieka takiego pragnienia nie ma. I chyba dlatego, nie mogłem znaleźć słowa i musiałem upaść … 
 Szedłem tylko chwilę obok ciebie i to poczułem, iż jesteś szczęśliwa. I poczułem dzięki temu, dzięki tobie, że i ja jestem szczęśliwy. Jakoś to do mnie przyszło, tu na tej ścieżce, obok kogoś takiego jak ty. Stałaś się moim lustrem. Nie powiedziałaś słowa, nie poznałem twojej historii, wystarczyło, że tu jesteś, że patrzysz na te same góry i idziesz, po prostu idziesz. Te śliskie kamienie Roztoki dały mi do zrozumienia właśnie w ten sposób, poprzez ból, iż jestem szczęśliwy.

 I jeszcze jedno: nie muszę niczego planować, wszystko dzieje się samo. Czasem to trochę boli, lub bardzo mocno boli, ale jednak przynosi ulgę, bo oddala lęk i pozwala być szczerym, bo nie trzeba udawać, silić się na grę, oszukiwać, przekonywać siebie i innych. Stajesz się … nie, odkrywasz, że jesteś wolnym. No i za to zrozumienie ci dziękuję. - skończył. 

 Taki to był podryw dzisiaj. Zeszliśmy z Zawratu znowu w ciszy, w ciszy ścieżki, ciszy łańcuchów, obok ciszy Zmarzłego i Gąsienicowego Stawu, w ciszy w naszych głowach. A teraz, gdy to piszę, czuję, że naprawdę jestem szczęśliwa.

 On też był moim lustrem. Też mi wiele powiedział i słowem, i nic nie mówiąc. Które to już lustro w moim życiu? No tak, tysiące przegapiłam. 

Minęłam tysiące kamieni milowych i ich nie zauważyłam, a każdy czemuś służy, nie znalazł się na drodze, na mojej drodze, przypadkiem. 

 Ten kamień był wielki: Jestem szczęśliwa, inni to widzą, a sama nie widziałam.

 Piotr Kiewra

niedziela, 10 października 2021

Stara baba w górach

85. Tajemnice pamiętnika samotnego górskiego wędrowca* 

 Jeszcze nigdy się tak nie naśmiałam. Cały dzień się śmieję … teraz to już prawie nie pamietam, co mnie tak rozśmieszyło, ale się śmieję. 

Chyba zapiszę to, by się jeszcze pośmiać w przyszłości. 

Otóż pękam ześmiechu, bo jacyś piłkarze w górach sprawili mi ogromną radość, usłyszałam od nich komplement, największy komplement jakim mnie obdarzono, hi, hi. Nazwali mnie „starą babą”. Jakbym nie wiedziała, że nią jestem, hihi. Od dawna nią jestem, może od urodzenia. Tak czasem bywa. Lao Tzu też podobno urodził się stary i wcale, a to wcale mu to nie przeszkadzało …

 Nie wiem, czy uda mi się tu cokolwiek napisać, bo ręce mi się trzęsą z tego śmiania … 

Szłam na Czerwone Wierchy … Nie, może zacznę od wczoraj, hihihi. 
No tak, wczoraj zgłupiałam … Lało w górach, więc człapałam z nudów po Krupówkach, pod parasolem. Z ciekawości weszłam do jakiegoś sklepu ze sportową odzieżą, no i wtedy zaszalałam jak nigdy dotąd, bo obkupiłam się zgodnie z najnowszą modą. Legginsy, jakiś polar, czy softshell, kto by to pamiętał jak to licho się nazywa … no tak, zwariowałam całkowicie. Wystroiłam się w te rzeczy dzisiaj rano i ruszyłam. Tylko mój stary plecak pozostał, mój stały towarzysz, reszta to rzeczy jeszcze pachnące fabryką. Zamiast mojej przepaski z chustki założyłam czapkę, oczywiście firmówkę. 

Naprawdę jestem świrnięta, stałam się żywą reklamą jakiegoś kota z Ameryki, hihi. 

No i dę na te Czerwone Wierchy z Kościeliskiej. Przy kasach biletowych mijam jakąś piłkarską drużynę, którą trener ustawia na łapanie kondycji w górach i idę dalej, wkraczam na czerwony szlak na Ciemniaka. Po paru chwilach słyszę kroki jakiejś dużej grupy wędrówców, patrzę ci ja, a to sportowcy – piłkarze drałują za mną. Przyspieszyłam kroku. 

Mija parę chwil i słyszę za sobą zawołanie: - Hej lala, zwolnij. Nie możemy nadążyć. – wtedy przyspieszam jeszcze bardziej, a mną zaczyna wstrząsać śmiech. Pomyślałam: - Ja, lala, no nieźle. Hihi.

 - Hej zgrabna, poczekaj. Tu sami przystojniacy, na pewno któryś ci się spodoba. No poczekaj, nie pędź tak! – a ja przęłączam bieg na maksa. Śmiech we mnie też wybucha na maksa, prawie się dławię ze śmiechu, a za mną jeszcze inny głos: - Proszę panią, gdzie kupiła pani ten modny plecak? 
- No nie, oszaleję ze śmiechu. Podoba się wam mój stary plecak? On jest prawie tak stary jak ja. Lubicie zabytki. Młode byczki, a lubią zabytki. - ledwo mówię sama do siebie.

Ten pierwszy głos znowu: 
- Hej mała, daj żyć. Nie damy rady, a wielu ma na ciebie ochotę, naprawdę. – słyszę śmiech całej grupy. Nie zwalniam jednak, a nawet jeszcze wydłużam krok, a za mną znowu:

 - Hej ślicznotko, nie żal ci nas, połowa z nas umiera ze zmęczenia, a druga połowa z tęsknoty za twoimi zgrabnymi nóżkami i pupcią. Naprawdę zwolnij! - śmiech mnie dusi, powoli łapię zadyszkę (no przecież ścigam się ze sportowcami). 

W końcu któryś podbiega i wyprzeda mnie i nagle staje jak wryty. Gdy zrównują się z nim kumple, on do nich:
 - Nie uwierzycie, to stara baba. 
Całe towarzystwo, jak wulkan wybucha śmiechem na cały okoliczny las. No i drużyna mnie zostawiła. Ich motywacja do dogonienia mnie spadła do zera. No tak: 
- I nici z treningu. Hihi 

 I w ten sposób stałam się odpowiedzialna za słabszą formę drużyny, a z drugiej strony to nadawałabym się na trenera, gdybym nie była taką „starą babą”, hihihi. 

 W ten sposób przypomniała mi się podobna historia z czasów mojej młodości. Też gonili za mną jacyś sportowcy, biegacze, też wołali za mną: 

- Laluniu, zwolnij. Któryś z nich podbiegł szybciej i spojrzał mi w twarz. Zniesmaczony zawrócił do kumpli i do nich: - Brzydula. Zgrabna, ale brzydula. 

 Wtedy nie było mi do śmiechu. Dzisiaj jednak śmieję się. 

Dobrze jest być brzydulą, dobrze jest być starą babą, ba ma się święty spokój. Można spokojnie wędrować, hihi.

 Cała trasa w górę i całe Czerwone Wierchy były świadkiem mego śmiechu, całe tłumy turystów też. Może wzięli mnie za wariatkę, tak pomyślałam i było mi jeszcze bardziej do śmiechu. Rzadko widuję stare baby i starych dziadów, by się tak śmiali od ucha do ucha, więc chyba jestem świruską. 

Gdybym to komuś opowiedziała, nie zrozumieliby mnie. Nie zrozumieliby, dlaczego można się śmiać z samej siebie jako starej baby. Dlatego nikomu tego nie opowiem, hi hi. 

*Teksty napisane na podstawie notatek zawartych w pamiętniku prowadzonym przez kobietę wędrującą samotnie po Tatrach przez prawie sześćziesiąt lat. Po jej śmierci pamiętnik trafił w moje ręce, z sugestią by go wykorzystać w pisanych przeze mnie opowiadaniach 

Piotr Kiewra

poniedziałek, 10 maja 2021

O dziwnym świecie lęku i lesie pełnym kwiatów

Parę dni temu, wybrałem się na bardzo długi, pierwszomajowy spacer po Puszczy Rzepińskiej. Okrążyłem po drodze wiele jezior, aż w końcu trafiłem na fragment puszczy dosłownie obsypany kwiatami: kaczeńcami i innymi drobniejszymi żółtymi, i białymi kwiatami. Wśród nich wiły się potoczki. Obfotografowałem to zjawisko.

 W pewnym momencie, niedaleko, z boku, ujrzałem, iż ktoś robi dokładnie to samo: zachwyca się tą wewnątrz-leśną łąką i również uwiecznia tę wiosenną chwilę. Gdy zostałem zauważony, usłyszałem:

 - Dobrze, że to pan, bo już się wystraszyłam, że to jakiś obcy osobnik. No wie pan, wiele się o tym mówi. Boję się sama chodzić do lasu, bo nigdy nic nie wiadomo. A pan się nie boi?

 - Nie. Dawno wyrosłem z lęku. Czegóż miałbym się bać? – odpowiedziałem.

 - No wie pan,  … choćby wilków … - odparła zakłopotana, jakby nie mogąc znaleźć odpowiedniego dla mnie źródła strachu. I chyba zorientowała się, że odkryłem to jej zakłopotanie, bo uśmiechnęła się i dodała już rozluźniona:

 - No tak, przesadzam. Czegóż tu się bać? Mówią, że wilki nie atakują ludzi, a i tak są pewnie one pana przyjaciółmi - słyszałam od ludzi, że jest pan chyba najczęstszym gościem Puszczy, częstszym niż leśnicy. Ja też kocham las, ale jednak się boję. Chociaż teraz, przyznam, mój lęk minął, gdzieś się rozproszył. To chyba te kwiaty …

 - Tak, właśnie, gdy jest w nas lęk, to nic wokół nas nie chce zakwitnąć. By pojawiły się kwiaty, przestrzeń musi się uwolnić od strachu. Zauważyła to pani? Mówię o tej przestrzeni wewnątrz nas. – wymądrzyłem się, ot tak, z lekkim uśmieszkiem na twarzy i przymrużeniem oka.


 - Tak, to może być druga przyczyna tego, iż ta łąka pełna kaczeńców tak okazale zakwitła, że pojawił się tu ktoś wolny od lęku, może nie tylko pan, może i ja. Już najwyższy czas, bo lęk jest obecny od zawsze u mnie. Dziwne, że w obecnych czasach jakoś ten lęk się zaczął ze mnie wycofywać. Może pojawiło się go już za dużo, że wykorzystywano go już aż do przesady, i intuicyjnie poczułam, że coś tu jest nie tak. Stopniowo poczułam jak się rozluźniam, jak puszczają swój uchwyt pazury strachu, jak coraz mniej cieni mnie prześladuje, jak ziarna, które we mnie ktoś zasiewa, coraz rzadziej kiełkują. Poczułam, że moja wyobraźnia już tak się nie wysila, by z owych nasion wyrastały potężne drzewa strachu. Dziwne, wręcz absurdalne jest to, iż w czasie, gdy dla większości ludzi, dzisiaj, jest trudniej, mają więcej strachu, u mnie wiele się zmieniło, przestałam się tak bardzo lękać. Może nie wszystkie cienie jeszcze znikły, lecz jest mi wyraźnie lżej.

 Tak, doświadczyłam tego boleśnie. Doświadczałam przez całe dotychczasowe życie.  Strach, lęk sprawiają, że nic nie chce zakwitnąć, bo jak może coś kwitnąć późną jesienią? Sprawiają, iż listopad i grudzień trwają cały rok, noc trwa całą dobę. Ludzie przestają się uśmiechać, dzieci bawić, ptaki śpiewać, a motyle latać. Najsłodsze owoce stają się gorzkie. Znika miłość, piękno, ciepło, dobro.

 Otóż to, lęk, strach wyparł miłość, współczucie, radość, pokój … niebo z naszego, mojego życia, zamienił życie w piekło, nieustające cierpienie.

 W końcu zrozumiałam, całkiem niedawno, że ci wszyscy doradcy wokół sieją strach i że jest to ich metoda panowania nade mną. I stało się pewnego dnia coś niewiarygodnego. Krzyknęłam, nie tylko do świata, głośno, z całych sił, ale przede wszystkim głęboko, w samym sercu, w środku mej duszy: - Koniec! Wypchajcie się!  Zapytałam się w duchu tych doradców: „Tak mi radzicie? Skoro tak, to, dlaczego chcecie, bym była tak nieszczęśliwa jak wy? Przecież to widać, że jesteście nieszczęśliwi.  Bo, z jakiego powodu to robicie? Chcecie mieć towarzystwo w swoim własnym cierpieniu? O co każecie się modlić?  Modlitwa to dziękczynienie za wszystko, co dostajemy od życia, nawet za cierpienie, bo to nauczyciel życia.  A wy czego mnie uczycie? Bycia żebrakiem, żebraniny? Nie uczycie dziękować, lecz prosić. Te prośby, to krzyk - znak waszego nieszczęścia.” I … wyrzuciłam telewizor. To tylko przedmiot, nie za duży, ale … wiesz, ile nagle przybyło mi przestrzeni w moim życiu, w moim domu, we mnie. Teraz, gdy tak rozmawiamy, zdałam sobie sprawę, że wraz z telewizorem wyrzuciłam cały mój strach. To było okno, przez które mną zarządzano przy pomocy strachu. To nie jedyne okno, było ich więcej …

 Pewnego dnia doznałam przebłysku: tak, to głowa, to ona jest zarażona strachem. Strach to jej natura. Nasiona by nie wyrosły, nie wykiełkowałyby, gdyby nie wyjątkowo urodzajny grunt, jakim jest nasz umysł. I to właśnie zrozumiałam, to nie inni są winni, to ja produkowałam swój strach i wszystkie wynikające z niego problemy.   

 Och jak się cieszę. Zrzuciłam z siebie całe Himalaje ciężaru. Chce mi się teraz krzyczeć, wrzeszczeć w tym lesie, do tych drzew, do tych kwiatów i pewnie, gdyby nie ty, to bym to zrobiła. Och dziwny jest ten świat!

 - Nie krępuj się! – chwilę się śmialiśmy wśród kwiatów. Potwierdziłem: Tak, dziwny jest ten świat, chyba nie cały świat, lecz ten świat w naszych głowach. Zauważ, że by się strach pojawił, to musi być siewca i odpowiednia gleba, by to ziarno mogło wyrosnąć. Gdy w twojej głowie jest zrozumienie, czym strach jest, jak działa, nic z tego nie urośnie. Ta gleba niczego nie urodzi, owi doradcy, siewcy zmarnują jedynie swoją energię. A tak na marginesie, też wyrzuciłem swój telewizor i w ten sposób politycy utracili nade mną władzę, resztki władzy. Nie są mnie w stanie już niczym zarazić. Hihihi. – zaśmiałem się, zaśmialiśmy się razem. Zapytała:

 - Jestem ciekawa jak ty się pozbyłeś swego ciemiężyciela? - Opowiedziałem jej zatem swoją historię:

 - Tak jakoś powoli wyrastałem z niego. Już w dzieciństwie nauczyłem się nie za bardzo wierzyć dorosłym, nie tylko rodzicom, dziadkom, nauczycielom, kumplom z pdwórka, telewizji, bo intuicyjnie czułem, iż ich nauka, ich rady, nie są szczere, że coś chcą na mnie wymusić, że chcą strachem wymóc na mnie uległość, podporządkowanie, że chcą mną władać w pełni. Buntowałem się przeciw temu, może nie tak ostentacyjnie, lecz grzecznie, bardziej w środku niż na zewnątrz.  

  Pamiętam tamten czas, czas strachu. Straszył dziadek wspomnieniami wojny, babcia opowieściami o duchach, mama, ojciec, przed konsekwencjami bycia niegrzecznym, niepokornym, nieposłusznym. Straszono chorobami, bo: „jak nie ubierzesz czapki, nie zapniesz kurtki, nie zawiążesz szalika, to się przeziębisz, będziesz mieć grypę”, „jak nie zjesz mięsa, to będziesz słaby”, „jak nie będziesz pił mleka, to będziesz mieć osteoporozę i łamliwe kości.”

 Gdy odkryłem, jak się próbuje mną rządzić, zrozumiałem, że czynią tak nie tylko najbliżsi, ale w zasadzie wszyscy wkoło.

 Straszyły filmy w telewizji, w kinie. Straszyły książki. Nawet w bajkach straszono, to wilkiem, ciemnym lasem, złym człowiekiem. Straszyła szkoła złą oceną. Straszył ksiądz z ambony piekłem, wiecznym potępieniem. Straszyli kumple z podwórka, po nich przyszedł czas na kaprali w wojsku i ich przełożonych, na polityków, naukowców, lekarzy, rządy te oficjalne i ukryte. Dziewczyny straszą chłopaków, chłopcy dziewczęta, żony mężów, mężowie żony, że zostaną sami/same. Straszy prawo, mniejsze i większe zwierzęta, owady, bakterie i wirusy … nawet róże swoimi kolcami. Strach jest dodawany, mnożony, potęgowany przez wszystkich i wszystko, przez media, te oficjalne i internetowe. Strach jest w reklamach, oparta na nim jest propaganda, sztuka, kultura, szkolnictwo, praca, religia … wszystko.

 Strach był i jest narzędziem do panowania nad innym człowiekiem, na początku nad dzieckiem, w procesie wychowywania, później nad dorosłymi, czyli członkami społeczeństwa. Strach służy, czemuś służy. Ktoś się nim posługuje. Tego, jako dzieci i dorośli też się uczymy: wykorzystywania strachu w swoich działaniach, relacjach, realizacji różnych życiowych celów.

 Możemy z całą pewnością powiedzieć, że strach jest narzędziem władzy: nad dzieckiem, pracownikiem - członkiem społeczeństwa. Jest też narzędziem władzy nad sobą samym. Stosujemy go również sami wobec siebie, lecz nazywamy to motywacją, ale zauważmy – to dwie strony tego samego medalu.

 Strach jest narzędziem władzy nad niewolnikiem, lecz nie tylko. Siewcy strachu zasiewają go również w sobie, właściciel niewolnika też się lęka, rodzic się lęka, ksiądz się lęka – lękają się zastraszani i straszący.

 Strach jest niebezpieczny, choć nigdy z niego nic nie wyrasta, zawsze pozostaje nasieniem, tylko nasieniem. Mimo to jest niebezpieczny. Właśnie, dlatego, że jest nasieniem, małym niewidocznym, ale za to pobudzającym wyobraźnię. I to jest cała jego praca, porusza wyobraźnię, a tam wszystko wyrasta, rośnie ponad miarę, czasem do niebotycznych rozmiarów. Wyrasta z niego choroba, zło, zazdrość, cierpienie, każde nieszczęście, nawet modlitwa.

Jest dokładnie jak mówisz, to strach zamienia modlitwę w prośbę. Modlitwa przestaje być wdzięcznością staje się żądaniem. Duchowe drogi stają się poszukiwaniem, ścieżkami do realizacji pragnień, ucieczkami od strachu. To efekty pracy wyobraźni. Stąd niebo ma taki kształt, a nie inny, stąd Bóg stał się ojcem, raz nagradzającym, raz karzącym, lecz w sumie kimś, kogo się lękamy (bo jak wytłumaczyć lęk przed śmiercią, w perspektywie nieba?).

Stąd taki, a nie inny styl życia, stąd tak ważne miejsce w życiu ludzi zajmuje materia i pogoń za nią. Stąd w świecie rządy pieniądza. Można powiedzieć, że strach i pieniądz to synonimy, oba przedmioty są narzędziami.

 Strach? Możemy śmiało powiedzieć:


Dopóki się będziesz lękać, dopóty Twój lęk będzie Twoim programem.

 

Gadaliśmy jeszcze długo chodząc tam i z powrotem wzdłuż łączki pełnej kwiatów, żółtych, białych, wśród drzew, wzdłuż leniwie płynących strumyków.

Na koniec kobieta podsumowała:

- Czuję, że ozdrowiałam, nie tylko od strachu, lęków, ale uwolniłam się od moich dolegliwości, wielu, bo przez te wszystkie lata, moje ciało informowało mnie, iż strach to nie jest odpowiednie dla mnie towarzystwo, że należy mu się odpowiednio mocny kopniak. Czuję, że to dzisiaj, gdzieś tak w środku naszej rozmowy, wymierzyłam tego kopniaka wszystkim moim lękom. Na pewno mi w tym pomogłeś. Dziękuję. Dziękuję też tej łączce, kaczeńcom i w ogóle. To jest ta moja modlitwa.

 

- Podziękuj też lękom, wszystkim strachom, bo to najwięksi nauczyciele. Kto by ci to wszystko wytłumaczył, doprowadził do zrozumienia? Na pewno nie dotychczasowi doradcy. Pewnie, gdyby nie twoje doświadczenie, nie wysłuchałabyś mnie. Pewnie tak. Może byś też nie zauważyła tych kwiatów. I ja bym nie zauważył i wiosna, by już nigdy nie nadeszła. – śmialiśmy się. I z tym śmiechem poszliśmy każde w swoją stronę.

 

Tak, podziękujmy siewcom strachu. Ich nasiona trafiły do naszego życia, by trafiło do nas to, co miało trafić.

 

Piotr Kiewra