poniedziałek, 19 lutego 2018

Śmiech Sabały i droga ku słońcu


Z pamiętnika samotnego wędrowca - Kolejny fragment.
Część pierwsza pod powyższym linkiem


Wśród setek zapisków w podarowanym mi pamiętniku, z prawie 60 lat wędrowania po Tatrach, znalazłem takie dwa, z dwóch sąsiednich dni.

16 lipca. Późnym rankiem wyruszyliśmy z moją studencką bracią w góry. Szliśmy przez Zakopane na pieszo z dworca. W planie mieliśmy Giewont przez Strążyską. Pogoda przepiękna, słońce przypiekało. Giewont z oddali skrzył się okolony konturem świetlistości i zapraszał. Chłopcy popędzali dziewczyny, bo jak zwykle bardzo im się spieszyło, by „coś” zdobyć, by zaliczyć kolejną tatrzańską okazałość.

Mijaliśmy kolejne skrzyżowania, przeciskaliśmy się wąską uliczką, wzdłuż góralskich płotów, schnącego w podwórzach prania, wietrzonych wiatrem i słońcem góralskich pierzyn.

Za jedną z ostatnich chat, na małej łączce, przy samiuśkiej drodze siedział na jakimś zasłonietym kocem fotelu, stary góral. Siedział w bacowskim kapeluszu, spod, którego wychodziły długie, siwe włosy. Zwrócony twarzą do gór wpatrywał się …  chyba … w krzyż na Giewoncie. Gdy chłopcy go ujrzeli od razu ryknęli śmiechem. Podeszli bliżej i prosto do niego: - „Hej Sabało, jak tam dzisiaj będzie z pogodą, bo my, wiecie, chcemy na Giewont”. – stary zaśmiał się. Widać, że się wcale nie obraził i po góralsku coś im odpowiedział o pogodzie i dodał mniej więcej tak: - Straśne z was hałaśniki, hory takich nie lubiom i Giewont takich nie lubi. – i tu do mnie: - Ale ty „dziywka” jesteś inna, ciebie hory lubiom, bo żeś cicho, jako truśka. - Moja kompania wybuchła gromkim śmiechem, wytykając mnie palcami. Później przez całą drogę powtarzali: „Stary od razu zauważył, żeś dziwka. Górale znają się na ludziach, nie ma co.” I chichotom nie było końca i … zostałam „dziwką” dla tego towarzystwa. Pewnie mimowolnie się zaczerwieniłam na twarzy i gdzieś tam wewnątrz wszystko się we mnie zagotowało. Dopiero, gdy chłopcy zauważyli moje łzy, uciszyli się i dali mi spokój (przynajmniej w tej chwili, bo już od tej pory zwracali się do mnie per „dziwka”).

Spojrzałam na starca, Bogu ducha winnego „Sabałę”. Coś w nim było intrygującego. On też się śmiał, ale inaczej. Nie prześmiewczo jak ci chłopcy i dziewczyny, ale inaczej. Czułam, że muszę z nim pogadać, bo jego śmiech i te jego oczy mnie intrygowały jakąś tajemnicą. I dużo bardziej pociagały niż zdobycie „Giewonta”, niż wędrowanie i poznawanie gór w towarzystwie „hałaśników”.  Stary się śmiał, może nie w głos, może niezbyt wyraźnie na twarzy, ale gdzieś wewnątrz, całym sobą śmiał się. Podeszłam do niego, podałam mu rękę i powiedziałam: „dziękuję”. A on do mnie: „Uważaj na siebie, nie pędź jak te rozgorączkowane głowy!”

Ruszyłam za grupą. Ruszyłam, choć nie miałam ochoty.

Moja kompania przeleciała przez Strążyską jak wicher. Nie zaciekawiła ich łąka, potok, Siklawica, widok Giewontu z doliny, nie zainteresowało „menu” w schronisku. Parli do przodu jak ruskie czołgi, a ja za nimi jak pies na łańcuchu. Wtedy powiedziałam sobie w duchu: Dość! Nie będę niczyim psem, za nikim nie będę ganiać, do nikogo nie będę uwiązana. Nie jestem tu dla towarzystwa, ani tym bardziej do spełniania czyichkolwiek oczekiwań, ani oni nie są mi potrzebni do spełniania moich. By podziwiać, poznawać, by kochać góry, nikt nie jest mi potrzebny, żaden zawodnik, ani przewodnik gaduła. Nie potrzeba mi o nich wiedzy, potrzeba mi gór, ich obecności i mojej w nich obecności. Potrzeba mi uczucia, a nie gadania i biegania, potrzeba mi być, a nie zdobywać, potrzeba mi być, a nie wiedzieć.

Idę za nimi, ale obiecuję sobie w sercu i duchu, że ostatni raz jestem pudelkiem na smyczy. Koniec z tym!

Na Giewont nie wlazłam, bo po co? By się chwalić, by być dumną z siebie? By przebiec przez ten szczyt jak po olimpijskiej bieżni? Tutaj odgryzłam i odrzuciłam smycz. Wróciłam na kwaterę sama w ciszy.

 


17 lipca. Rano w chacie, w której nocowaliśmy zostawiłam u góralki kartkę do mojego hałaśliwego i pędzącego szybciej niż wiatr bractwa: „Idę w góry sama. Nie martwcie się wrócę cała i zdrowa wieczorem”.

Do gór nie dotarłam. Ruszyłam znowu drogą ku słońcu, do Strążyskiej, by pobyć sam na sam z tamtejszą łąką i potokiem … i idę, patrzę, a tu Sabała znowu sobie siedzi, tak jak wczoraj i patrzy w słońce, a w nim uśmiech, a w oczach łzy. Wydawało mi się, że górale to twardziele i nie ronią łez. Zatrzymałam się więc przy nim. A on nawet nie spojrzawszy na mnie, mówi: Wiedziałem, że przyjdziesz. Nie gniewasz się za „dziywkę”? To po naszemu dziewczyna. Chciałaś o coś zapytać?

Usiadłam obok „Sabały” na trawie, i zostałam do końca dnia (naprawdę jest do niego podobny - o ile pamiętam z gdzieś widzianej fotki, lub pomnika). Odpowiedziałam: - Nie, nie ma we mnie żadnego pytania. Ot przyszłam popatrzeć stąd na góry, w słońce. Nie mówi pan dzisiaj po góralsku.

- Nie jestem góralem. Jestem tu zupełnie przypadkiem. Przyjechałem do Zakopanego kilkadziesiąt lat temu, tak jak ty, z kilkoma przyjaciółmi, też hałaśliwymi i wesołymi ludźmi. I zostałem tu na zawsze … nie mogłem stąd odejść.

- Ma pan szczęście. Cieszył się pan Tatrami, na co dzień, pewnie zna pan je jak własną kieszeń. A teraz pan wspomina tamte piękne chwile, czyż tak? – zapytałam nieświadoma tego, jaka jest prawda.

- Nie dziecinko, byłem tam tylko raz. Tylko raz. Moi kumple i ja, jak to młokosy, pędziliśmy jak wiatr w te góry i już pierwszego dnia postanowiliśmy wdrapać się najwyżej jak się da. I ten pierwszy dzień wystarczył … Od tej pory nie postawiłem kroku w stronę gór. Choć każdego dnia tęskniłem patrząc na te wierzchołki, w te słońce. Prawdę powiedziawszy, to dawno temu, bardzo zazdrościłem słońcu, że tak codziennie odwiedza Tatry, że patrzy na te cuda i czerpie ich miłość, syci swą gorącą duszę. Zazdrościłem do tego stopnia, że wpatrywałem się godzinami w jego stronę, próbując sobie wyobrazić, na co patrzy i jak jest z tego powodu szczęśliwe.

I któregoś dnia, było to znacznie później, gdy już dojrzałem, olśniło mnie. Tak, to nie góry, to nie Tatry karmiły miłością słońce, lecz odwrotnie. Zrezygnowałem, więc z pośrednika i od tej pory patrzę na nie i dostaję mnóstwo ciepła i miłości. Nauczyłem się też oddawać swoją miłość. I teraz jestem jego uczniem. Zniknęła zazdrość, zniknęła tęsknota i towarzyszący jej smutek. Śmieję się, w sercu, duszy i w ciele. Jeśli płaczę, to są łzy, które płyną, bo się szczerze śmieję.

W mojej sytuacji potrzebowałem jakiegoś mistrza, by nie zwariować i nie zapić się na śmierć. Nie mogłem pójść i go szukać, więc on przyszedł do mnie, on mnie wybrał. Od tamtego czasu jest nim słońce.

I tak patrzę w stronę mojego mistrza i w stronę gór, i uczę się rozumieć. W każdy słoneczny dzień siadam tu i … patrzę. I tak to jest. – skończył.

Nie mogłam się oprzeć, by nie zapytać: - Co się wtedy wydarzyło, w czasie tej pierwszej wyprawy?

Zamiast odpowiedzieć odsunął koc … Tak, to był fotel, lecz na kółkach, a w miejscu, gdzie powinny być nogi, była gruba poduszka. Po chwili dodał: - Moich dwóch przyjaciół nie miało tyle szczęścia … - zamilkł i nadal lekko zmrużonymi oczami „rozmawiał” ze swoim mistrzem. Mimo gorzkiej prawdy czułam, że nie ma w nim smutku. Usmiechnęłam się do niego, chociaż nie byłam pewna, czy mój uśmiech jest szczery.

Pomyślałam, że daleka jeszcze droga przede mną. Patrząc na niego zrozumiałam jedno:

Można być szczęśliwym bez względu na to, co się wokół wydarza, bez względu na to jak gorzkie są nasze wspomnienia, i jak beznadziejna nasza przyszłość.

Można. Trzeba jednak odszukać „to” w sobie. Tego nie ma nigdzie indziej, tylko w nas.

Gadaliśmy długo, aż ognista kula schowała się gdzieś za smrekami i chatami.

Wtedy podziękowałam „Sabale”, za jego wielką naukę. Podziękowałam w duchu za podpowiedź intuicji: „Idź”. Dzięki ufności w ten wewnętrzny głos, dostałam to, czego szukałabym pewnie i ze sto lat.

Wniosek: Z naszej długiej rozmowy z twarzami ku górom i słońcu, wynotowałam kilka zdań, które „Sabała” wypowiedział.  Biorę je do serca:

„Góry kochają cichych. Cisi kochają góry. Cisza to język natury oraz ludzkich serc i dusz.”

„Bez względu na to, czy masz nogi, czy nie i tak „wędrujesz” przez życie samotnie.”

„Nie ma znaczenia, ilu masz przyjaciół i kochanków, żyjesz i umierasz samotnie.”

„W samotności więcej rozumiesz.”

„Cierpienie to chmury i góry zasłaniające słońce. To nie życie je nam stawia przed oczami, to głowa je tworzy.”

„Cierpienie nie wynika z samotności, wynika z niezrozumienia jego roli.”

„Cierpienie to początek drogi do uśmiechu i radości. Wtedy to, na początku, spotykamy góry i doliny. Trzeba przez nie przejść.  Nie ma innej ścieżki.”

„Słońce jest lekarzem ciała i duchowym mistrzem, gdy patrzysz na nie sercem i duszą. Tak jest z każdym obiektem, na który w ten sposób patrzysz.”

Piotr Kiewra  

środa, 14 lutego 2018

Samotny, górski wędrowiec


Kilkanaście lat temu, przy okazji jakichś tam rodzinnych świąt, a może pogrzebu, spotkałem daleką, sporo ode mnie starszą, kuzynkę. Była cicha, nic nie mówiła, lecz gdy się od kogoś dowiedziała, iż chodzę po Tatrach, podeszła i … kilka godzin przegadaliśmy właśnie o górach. Gdy wyjechała, nie spotkałem jej więcej. Zapomniałem o niej. Przez ten czas, aż do zeszłego miesiąca nie miałem o niej żadnej wiadomości.

No i … miesiąc temu dostałem od niej paczuszkę, a w niej twardo oprawiony pamiętnik zatytułowany: „Moja miłość – Tatry”. W załączonym liście napisała: „Jesteś pierwszą osobą, która ma to w rękach. Nikt nigdy nie widział i nie słyszał zamieszczonych tu słów.

Kochasz góry tak jak ja, więc nie mogłam znaleźć bardziej odpowiedniej osoby, by powierzyć tajemnicę mego życia. Wiem, że piszesz opowiadania, w tym dużo o Tatrach, więc jeśli coś z zawartych tam rzeczy zainspiruje Cię, nie krępuj się i korzystaj. Tu jest całe moje życie, opisuję (jeśli da się to opisać – czuję, że nie) jedyną i wielką miłość mego życia. Są tam moje poszukiwania i odkrycia, są pytania, na które starałam się znaleźć odpowiedź, jest moja dusza i jest – na ile mogłam ją odnaleźć – dusza Tatr. Nie ma tam za wielu ludzi, bo prawie ich nie było w moim życiu. Tak, żyłam na uboczu, prawie tak dzika jak moje ukochane góry.

W pamiętniku znajdziesz słowa, których nigdy nie użyłam w relacjach z ludźmi. Ludzie mnie często pytali o różne rzeczy, prawie na żadne ich pytanie nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi – mało było we mnie słów - chyba Tatry były bardziej rozgadane ode mnie. Często, gdy je odwiedzałam one mówiły do mnie, coś do mnie szeptały, nawet krzyczały, a moje serce czuło ten przekaz. Twoje też czuje …

Gdy trafi do Ciebie ten liścik, teraz, gdy czytasz te słowa, mnie już nie ma, chociaż moja dusza, na pewno spaceruje gdzieś po ukochanych zakątkach i gdy znowu tam będziesz … pozdrów proszę, ją i moje ukochane Tatry! Pa!”

Przeczytałem pamiętnik, niejedna łza się w tym czasie cisnęła do oczu, może nawet niejedna spadła na te, dawno temu zapisane kartki. Już po kilku pierwszych wpisach znalazłem swój własny tytuł dla pamiętnika mojej kuzynki:


„Samotny, górski wędrowiec.”

Oto kilka zdań z niego:


9 sierpnia. Pierwsza moja samotna wędrówka. Jednak bezpiecznie jest być kobietą, hihi. Byłam na Rusinowej Polanie i na Gęsiej Szyi. Cieszyłam oczy i duszę górami i samą łąką. Pasłam owce. Było tak ciepło i tak … bezpiecznie, że zostałam na łące, wśród owiec, a pod rozgwieżdżonym niebem, na noc.

10 sierpnia. Rano na śniadanie były oscypki i jagody. Wyruszyłam z Rusinowej na Halę Gąsienicową. Po drodze spotkałam misia. Też zajadał jagody i chyba mnie nie zauważył. Tatry lśniły słońcem, a najbardziej Kościelec i chyba, dlatego postanowiłam na niego wleźć. Tak mnie olśnił, ze stałam się ślepa na przestrogi innych wędrowców. I co się okazało? Że nie taki diabeł straszny … nawet dla kobiety.

11 sierpnia.W drodze na Granaty złapała mnie burza. Na zboczu Skrajnego Granata, niedaleko szczytu grad zasypał ścieżkę i było tak ślisko, że nie mogłam postawić kroku. Przeczekałam aż się roztopi i zeszłam niżej, gdy pojawiła się następna burza. W tym dniu przeżyłam ich dziewięć. I jaki wniosek? Samotna kobieta radzi sobie nawet w czasie burzy w górach i w życiowych burzach. Hihi.

12 sierpnia. Tatry płaczą deszczem. Ja nie płaczę, choć mi mokro i zimno, i błądze sama po Ornaku. Wróciłam, lecz obiecałam sobie, że … e tam, już teraz nie pamiętam, co sobie obiecałam. hihi.

13 sierpnia. Odpoczywam nad Morskim Okiem. Patrzę na pstrągi i ludzi. Dzisiaj nie walczę z samotnością, o nic nie walczę dla siebie i innych, z nikim i w ogóle nie walczę, więc chyba nie jestem feministką. Hihihi. Czuję się jak człowiek, a nie jak kobieta, czy mężczyzna w ciele kobiety. I chyba dlatego nie czuję się samotna, bo czuję się spełniona jako człowiek. Śmieję się, bo zauważam, że trzeba wejść w tłum, by to odkryć. Tak, naprawdę nie widzę, by ci wszyscy mężczyźni i kobiety, mężowie i żony, byli cokolwiek bardziej szczęśliwi ode mnie.

Wniosek: To, że ktos jest obok ciebie, nie oznacza, iż przestajesz być samotny.

14 sierpnia. I chyba nie jestem dewiantką … pociagają mnie mężczyźni. Rano spotkałam jednego takiego, bardzo przystojnego. Zabrał mnie na Orlą Perć. Pierwszy raz w życiu tyle się nagadałam. Orla Perć to dobre miejsce dla kobiety i mężczyzny, szczególnie, gdy cię tak przyciąga jak tamten. Tyle ile było tam klamer, łańcuchów, drabinek i przepaści, tyle razy podał mi dłoń. Oj drżałam wtedy, oj drżałam i to raczej nie dlatego, iż się bałam. Chyba nie dlatego. Ale … jest żonaty. No cóż … żonaci też chodzą po górach, jednak większość to ci, którzy szukają tu szczęścia, a góry są tylko okazją, pretekstem, romantycznym tłem dla poszukujących towarzyszki życia.

Czy ja szukam? Czy dla mnie góry też są tłem? Nie. Zdecydowanie nie.

15 sierpnia. Chwila w Dolinie Gąsienicowej nad Czarnym Stawem. Zostawiłam tam trochę łez, bo ruszam do domu.

Niestety, nie odpowiedziałam na pytanie: Kim jestem? Tatry nie pomogły. Nie teraz. Jestem bliżej … czuję.





28 lipca.  Miałam iść do Piątki ale stoję i siedzę u stóp Wielkiej Siklawy i płaczę  razem z nią.  Jakoś mi tak źle
Wiec stoję i płaczę. ... skąd we mnie tyle łez? Chyba musiałam się wypłakać za całe życie .... chyba nie tylko za siebie, za mamę, tatę, obcych braci i sióstr, i cały świat.  To nie żal. To na pewno nie żal, to współczucie.  Energia żalu jest inna. Nie mam żalu.  To serce mi drga. ... to współczucie i współodczuwanie świata, Tatr i mnie.


 1 września. Przyjechałam i czekam. Od trzech dni leje. Zbuntowałam się, bo wszyscy wokół mówili nie - ubrałam pelerynę i ruszyłam. Chociaż nigdy nie wjeżdżam wyciągiem, coś we mnie powiedziało : jedź!

 I ....
Mój najpiękniejszy dzień w życiu.  Moje najciekawsze spotkanie z Tatrami. Nad  Kasprowym głęboki błękit a poniżej morze chmur.
Jaka piękna metaforą życia, iluzji, które widzimy? Te chmury to nasze myśli - zasłaniają nam boskość.  Niebo - serce i dusza czyste, spokojne, radosne, a głowa chmurna,  smutna, zalękniona,  pełna problemów, wisielczych myśli - myśli o samotności.  Czuję się aniołem .. przeleciałam w chmurach od Kasprowego przez Czerwone Wierchy aż do Ciemniaka. Przeleciałam na nogach, jak na skrzydłach, delektując się każdą chwilą, celebrując każdą chwilę, każdą chwilkę chwili, każdy krok, każdą intencję każdego kroku. Moje stopy były zatopione we mgle, tak ze ścieżka była ledwo widoczna. Gdy zeszłam przez Tomanową i w Kościeliskiej wzdłuż potoku ... ten już niósł moje łzy szczęścia. Na dole cały świat płakał. .. tylko ja się radowałam. ... tak mają anioły.
Wniosek: nie zawsze oczy to dobry przewodnik. Świat płacze a w niebie się radują, bo tak jest w  naszym niebie wewnątrz nas, w naszej ludzkiej naturze: serce i dusza się raduje, a głowa i oczy płaczą.  Nieba doświadcza się sercem i duszą, a nie głową, nogami i oczami. W tym przypadku moje ciało też było w niebie,  hihihi.



10 września. Dolina Białego, Sarnia Skała, Dolina Strążyska, Giewont. Poszłam tak wcześnie, że mogłam posiedzieć pod krzyżem z pół godziny całkiem sama. Przyszło tu pytanie: Czy wędrując po górach nie uciekam od gór i dolin życia? Odpowiedź była wcześniej niż pytanie. Tak chyba jest zawsze, pytanie pojawia się w nas, gdy mamy już gotową odpowiedź. Nie jest ucieczką wędrowanie po górach. Wręcz przeciwnie, jest okazją do spotkania siebie. To poza górami uciekamy od siebie, znajdujemy zajęcia, wymówki, by nie być sobą, by grać, by tworzyć problemy i je rozwiązywać, by myślami zapełniać pustkę, by działaniem, marzeniami i wspomnieniami uciekać przed teraźniejszością.


...

2 sierpnia. Przełęcz Krzyżne. Wchodzę od strony Hali Gąsienicowej przez Dolinę Pańszczyca, z szarości, z ciasnej, zamkniętej przestrzeni, wynurzam się w bezkres widziany z Przełęczy. Jestem tak oczarowana, iż zapominam się, znikam, nie ma mnie. Chyba pierwszy raz w życiu, czuję się TU i TERAZ. Siedzę długo nieopodal przełęczy i wpatruję się w … życie, jego góry i doliny, chmury, wodospady, uczestniczących w tym ludzi i w siebie. Czym jest życie stąd widziane? Samotną wędrówką ku swojej prawdzie, ku wewnętrznym górom i dolinom, ku wewnętrznemu bezkresowi.


15 sierpnia. Deszczowy dzień. Ulewa nie pozwoliła pójść w góry. Od lat nie byłam na Krupówkach, więc gdy później, pogodnym wieczorem tędy spaceruję, odkrywam: Boże, iluż tu samotnych ludzi?

 

7 sierpnia. Dzisiaj, po raz dziesiąty weszłam? na Rysy. W drodze wspominałam wszystkie poprzednie wejścia, a szczególnie to pierwsze. Wspominałam tych, którzy wtedy tu ze mną byli i niestety … znowu oceniałam. Oceniłam ich miłość do gór, lecz już teraz w domu, zdałam sobie sprawę, że rozważałam tylko wypowiadane przez nich słowa, a je przecież rozwiał wiatr …

42 lata temu, tam na szczycie, jeden z obecnych ze mną mężczyzn, powiedział: „Kocham góry, ale najbardziej na świecie kocham ciebie”. I wtedy to, chyba po raz pierwszy, poznałam wartość wypowiadanych słowem uczuć, tych do gór i do mnie. Od tamtej chwili, poznałam te wartość – słowa są niczym. Pod nimi jest treść. Tym samym słowem można wyrazić prawdę i można kłamać. Treść jest z serca, a forma z głowy. W głowie nie ma prawdy, prawda jest w sercu i jeszcze głębiej.

Tak, trzeba wejść na najwyzszy szczyt, by to zrozumieć, by to dostrzec.

Otóż: Parę kroków przed szczytem zatrzymałam się i nie postawiłam ich już w górę. Popatrzyłam na wspinających się ludzi, na tych, którzy byli już na szczycie, gdy wsłuchałam się w ich słowa, gdy zdałam sobie sprawę, czemu mają służyć fotki, które robią … zrozumiałam, czemu ja tu wchodzę. Co chcę sobie udowodnić? Dlaczego ciągle zabiegam o powiększenie siebie? Czy moja miłość do gór jest prawdziwa, skoro wchodzę tu dla siebie, skoro nie jestem bezinteresowna, skoro istnieje cel, dla którego się wspinam, dla którego wędruję?

Wracałam z poczuciem winy i postanowieniem, iż muszę się wyleczyć z celów i z poczucia winy, i z … postanowień, z wyborów, z decyzji. Czyżby nadal bolała mnie samotność?



21 sierpnia. Szłam od Grzesia w stronę Wołowca. Przede mną szła para. Mężczyzna cały czas popędzał kobietę, że za wolno idzie, że nie zdążą „zrobić” planów przez jej marudzenie. Gdy ich wyprzedziłam usłyszałam za sobą: „Widzisz? W czym ty jesteś gorsza od tej babki? Ty jesteś szczuplejsza, a wleczesz się jak mucha w smole!” Przyspieszyłam jeszcze bardziej, by tego nie słuchać, bo: „to przecież nie do mnie” – tak pomyślałam. Ale później przyszło do mnie to, że nic nie dzieje się przypadkiem, że wiatr nie nosi przypadkowych słów.

Lecz tymczasem posiedziałam na Wołowcu bez myśli, bez zaangażowania w ludzkie i jakiekolwiek inne sprawy. Patrzyłam w słońce, w skrzące się nim poniżej, w dolinach, jeziorka. Minęło może pół godziny, gdy para, której uciekłam pojawiła się na szczycie i usłyszałam: „Widzisz, dałaś radę! Jesteś wielka! Kocham cię!

Podniosłam się i wydało mi się, że zupełnie spontanicznie, może nawet zdenerwowana tym, co słyszałam, ruszyłam ku Jarząbczemu Wierchowi. Po chwili jednak zrozumiałam, że wykalkulowałam tę trasę, bo uznałam, że ta para nie da rady tędy pójść, bo jest za długa dla nich. Nie oglądając się za siebie, w swoim tempie szłam i cieszyłam się tym, że nikt mnie nie pogania, że nikt nie udaje przy mnie swojej miłości do gór, nikt nie udaje miłości do mnie i że ja nie muszę tłumić tego, co tłumiła w sobie ta nieszczęśliwa kobieta. Cieszyłam się swoją wolnością od takich rzeczy, wolnością wyborów, decyzji, tempa marszu, tempa życia.

Gdy po raz kolejny usiadłam na szczycie, tym razem na Jarząbczym, usłyszałam w sobie głos: Racjonalizujesz swoją samotność!

Tak. Tak było w istocie. Gdy przyjrzałam się tym myślom, poszły sobie gdzieś. Może pognał je wiatr? Siedziałam i patrzyłam w dal, w stronę Kończystego i Starorobociańskiego. Słońce powoli spacerowało po moich plecach, a wiatr lekko popychał mnie tam, gdzie patrzyłam. Już miałam ruszyć, gdy usłyszałam za sobą kobiecy głos: Hej! Dogoniłam cię. Mój facet nie dał rady, poganiał, a za chwilę chwalił, a tak naprawdę bardzo mi przeszkadzał doświadczać gór. Poganiał, bo sam był słaby. Zostawiłam go, niech zdobywa swoje szczyty, niech gna, niech udaje supermana przed kimś innym, niech dalej udaje swoją miłość do kobiety i do gór, ale beze mnie. Wolę być sama, wędrować przez życie samotnie niż z aktorem.

Zainspirowałaś mnie swoją samotną wędrówką.

Tak, czuję, że nie lubisz mówić, że nie lubisz słuchać niepotrzebnych słów, że wolisz ciszę niż słuchanie swoich i cudzych myśli. Mam tylko prośbę, weź mnie w drodze wyjątku ze sobą, proszę. Nie znam tych gór i pewnie sama tu gdzieś zginę. Obiecuję, że się wyłączę i już nic nie powiem.

- Nie musisz. Mów, jeśli chcesz, wygadaj się, wiem, że tego potrzebujesz, a może i ja dziś potrzebuję czyichś słów. Jak chcesz, mów! Będziemy szły, a ty, jeśli chcesz, mów! Będę słuchała. – i tak, zaprzyjaźniłam się z inną samotnością, z samotnością człowieka w związku.

Tak: Człowiek jest z natury samotny i nie zmienią tego ludzie, żadem związek, żadna udawana i prawdziwa miłość.

Anna okazała się wrażliwą i prawdziwie kochającą góry osobą, prawdziwie kochającą siebie i dlatego nie poruszały jej czyjeś słowa, czyjeś nawet niesprawiedliwe uwagi. Nie poruszały jej pochwały i płytkie pocieszenia. Poruszały i poruszają ją: prawda serc i w ogóle prawda, a ta jest w słońcu, w górach i w ludziach. Jest w ludziach, lecz jest w nich głęboko, nie na powierzchni, tak jak słowa. Dlatego współczuła swojemu facetowi, lecz jej i jego drogi były inne, każde wędrowało po swojemu.

Zaprzyjaźniłam się z nią, zaprzyjaźniły się nasze dusze, mimo, iż już się więcej pewnie nie spotkamy.


31 lipiec. Przesiedziałam dzisiaj 10 godzin, prawie od świtu do zachodu słońca, przy Potoku Kościeliskim. Wysłuchałam jego mowy ciszy, albo on wysłuchał mojej.W mojej pewnie były jakieś cienie, jakieś ukryte cierpienie. Pewnie poukrywałam jakieś bóle, a tu wśród tej krystalicznej czystości i prawdy nic się nie ukryje. Chyba tak, tutaj, czuję, że ostatecznie, wyzbyłam się oczekiwań: wobec ludzi, wobec życia, wobec siebie. Moje oczekiwania spłynęły jak spływają suche liście w tym potoku. Poddały się prądowi, a jeśli coś je zatrzymuje to nie ich wola, tylko samo życie: głazy, kamienie, konary powalonych przez naturę w nurt rzeki, drzew. Zatrzymują wiry, lekko powstrzymuje przeciwny wiatr, ale ostatecznie płyną ku morzu. Chyba, że gdzieś po drodze utoną.

Napatrzyłam się, nasłuchałam i poczułam, czym, kim, jest człowiek bez oczekiwań. Jest jak ten potok, jak ta woda w nim: czystą, krystaliczną, prawdziwą ufnością.

Och jak mi lekko … a tak źle się zaczęło: czekałam na niego, wiele sobie obiecywałam. Nie przyszedł, bo …  materia okazała się ważniejsza niż ja.

Czego się nauczyłam od potoku? Tego, że to nie on – człowiek, był wyrachowany, jest wyrachowany, lecz ja. Właśnie przez moje oczekiwania objawia się moje wyrachowanie.

No i spłynęły ze mnie. Co do jednego. Jestem lekka, błoga, radosna, bo … wolna od oczekiwań. I ufna, jak każda z tych kropel w rzece. Bezwarunkowo ufają, że połaczą się z całością, z oceanem. Czuję, że moja ufność też taką się stała. Poddałam się życiu i płynę. I nie utonę, bo to w czym jest ufność nie tonie.


23 września. Pierwszy dzień jesieni, a tu w Pustej Dolince dopadł mnie śnieg. Miałam wejść na Kozią Przełęcz, lecz wycofałam się.

Pusta Dolinka. Kamienie, kamienie, kamienie. Trochę między nimi powietrza i ja. Pustka i ja. Samotne kamienie, samotne szczyty, samotna ja.

Wyszło słońce, szarość chmur zastąpił błękit i otworzyła się nade mną jeszcze większa, choć błękitna pustka – pustka nieba.

Siedziałam i przyglądałam się tak długo tej zewnętrznej pustce, aż poczułam ją gdzieś wewnątrz. Wystraszyłam się jej, chciałam gdzieś uciec, choćby ku zieleni kosówek, ku błękitowi Wielkiego Stawu, w stronę większej przestrzeni. Po chwili jednak przywędrowało do mnie odczucie, że tę pustkę będę już nosić zawsze i wszędzie. Skoro ją odnalazłam to już jest moja i że nie da się od niej uciec, gdzieś jej zostawić, ani niczym zapełnić. Nie pomoże tłum ludzi, jedzenie, rozrywki, książki, zabawa, żadne idee. Nie pomogą góry.

Rozsiadłam się tu na dobre, a ponieważ do końca nie pojawił się tu żaden inny wędrowiec, zostałam więc sam na sam ze swoją pustką. Oswoiłam się z nią. Wtedy strach mnie opuścił i tak już zostało.Wyszłam z Pustej Dolinki, przed zmrokiem, ale pustka już pozostała. I nie była mroczna lecz świetlista. Czuję i widzę jej światło. Nawet, gdy przyjdzie myśl o śmierci, widzę światło.  

Piszę to prawie rok po nieskończonej wędrówce ku Koziej Przełęczy, rok po tym, jak czuję się pusta. Jestem pusta - strach znikł. Znikły prześladujące mnie myśli i słowa (rzadko już piszę, rzadko mówię).

Zamiast słów czuję, a tego, co czuję nie potrafię przełożyć na słowa. To poezja, to radość i błogość, ale nie potrafię tego opisać. Milczę …



13 październik. Teraz bez strachu, moja ufność jest pełna.


14 październik. Siedziałam samotnie w ciszy Smreczyńskiego Stawu. To moje pożegnanie z Tatrami.

Wołam do Was, krzyczę, śpiewam, tańczę, przemawiam sercem i duszą, bo jestem z Wami ostatni raz. Przyjechałam do Was, moje ukochane góry, moje ukochane doliny, by się z Wami pożegnać. Nie bójcie się tak jak i ja się nie lękam. Będziemy trwać zawsze. Tak jak Wy trwacie zawsze i tak i ja będę.

Przyjechałam, przyszłam, przybiegłam, by wyrazić Wam wdzięczność. Wszystko, co ważne, istotne w moim życiu przyszło w Waszej obecności, z Waszej bliskości, z Waszej inspiracji, z Waszej ciszy, z Waszego zrozumienia …

Dziękuję! Dziękuję! DZIĘKUJĘ!


6 listopada. Znowu w ciszy Smreczyńskiego Stawu. Staw zamarznięty, a okolica pokryta śniegiem. Wszystko wygląda jak martwe, ale żyje. Czuję to. Śmierć to iluzja, to tylko umierająca myśl i trochę rozwianego wiatrem prochu, reszta jest wieczna. Ta istotna część jest wieczna.

 Darowano mi kolejne trzy tygodnie. Jeszcze raz dziękuję!


To był ostatni wpis. Natomiast notka z 13 października poprzedzona jest kilkunastoma pustymi kartkami. Pewnie nie zostały zapisane, bo zniknęły z autorki pamiętnika słowa. Pewnie w miedzyczasie wiele się zdarzyło w kolejnych wędrówkach, lecz pozostaną już na zawsze tajemnicą życia, tajemnicą rzeczywistości, która się wydarzyła, lecz nie została zapisana.

Z całego bogactwa tych zapisków wybrałem kilka pokazujących dojrzałość, duchowość tej miłości.

Całość ukazuje rozwój, kolejne etapy wzrastania tej dojrzałości, zrozumienia, miłości, odkrywania prawdy, przede wszystkim prawdy o sobie samej.

Ten pamiętnik to prawie sześćdziesiąt lat tatrzańskich wędrówek, sześćdziesiąt lat bycia, intensywnego, kolorowego życia pełnego uważności, marszu przez dwa światy, ten zewnętrzny i wewnętrzny. To 60 lat trwająca medytacja.

A dla Ciebie tarzański wędrowcze przekazuję to bez żadnych oczekiwań wobec Ciebie. Po prostu jest to historia miłości jednego z milionów istnień … piękna historia, a piękno jest po to, by się nim dzielić, miłość jest po to, by się nią dzielić. Dzielę się tak jak i ze mną się podzielono.

Dla wielu ( i dla mnie) góry są klimatem do takiego wzrostu, do takiego dojrzewania, więc bywaj w nich. Bywaj!


Piotr Kiewra

wtorek, 26 grudnia 2017

Zdobyć najwyższy szczyt, czyli tworzyć drogę idąc


Każdego roku chodził po Tatrach kilka dni. Kiedyś planował, teraz był spontaniczny, to zależało od nastroju, od pogody, ot, po prostu, szedł, gdzie oczy i nogi poniosą.

Gdy tylko w sierpniu wyczekał dobrej prognozy na kilka dni wędrowania, wsiadł w pociąg.

W wagonie obserwował przez okno szybko mijaną letnią dojrzałość na polach i w lasach. Wspomniał aniołki i ostatnią z nimi wędrówkę.

Ostatni raz, gdy chodził z nimi po Czerwonych Wierchach zapewniały: - Piotrze, w przyszłym roku o tej porze, znowu razem wyruszymy, znowu nas oprowadzisz, dobrze? Odezwiemy się. Na pewno!

Następnego roku czekał na wiadomość, a w kolejnych już nie. Zapomniał o obietnicy, o ich obietnicy, a one może zapomniały o nim, o duszy gór, o Tatrach.  Mijały lata. Owszem odwiedzał ścieżki, które z aniołkami przewędrował. Wtedy wracały ich obrazy, ich fascynacje tym miejscem, ich łzy, nauki, które wspólnie tutaj od gór czerpali.

Chodził sam. Bywało, że kogoś spotkał i oprowadził po jakiejś ścieżce. Szli wtedy w ciszy, lecz ludzie nie lubili ciszy, chcieli mówić. Wtedy się rozstawali.

Rankiem dojechał na miejsce i po kwadransie już ruszył w góry. W Kuźnicach chwilę poobserwował ludzi ruszających na szlaki. Niewielu, kilka osób. Postanowił pójść tam, gdzie nie pójdzie nikt. I tak zrobił.

Trzy godziny później siedział już na Przełęczy po Kondracką Kopą i patrzył w głębię Doliny Cichej. Za towarzystwo w tej przestrzeni miał słońce, wiatr i chmury. Gdy podnióśł wzrok wyżej ujrzał dwa orły i uronił łzy. Krążyły nad nim, nad górami i dolinami kilka godzin. U schyłku dnia, gdy gdzieś zniknęły skończył swoją medytację, wstał, by ruszyć w dół. Wtem coś zagrało w telefonie.

Otworzył wiadomość: W Tatrach, w tym tygodniu ma być ładna pogoda. Czy możemy się spotkać? Proszę, daj znać! Aniołki.

Od razu odpowiedział.

Dwa dni później stał przed wejściem do parku. – Wiele się tu zmieniło. – zauważył w myślach.

Opustoszały parking, droga … Kiedyś to miejsce, jedno z najbardziej zatłoczonych w kraju, teraz zdziczało. Wokół żywego ducha. Nie ma busów, konnych wozów, sprzedawców oscypków, bileterów w kasie … Tylko ta elektroniczna bramka z kamerką, świadectwo zmiany, a reszta … droga zasypana igliwiem, nieuprzątniętymi gałązkami, a na niej nikogo.

Opustoszały góry, opustoszały ścieżki, schroniska. Czasem przyjdzie jeszcze ktoś taki jak on, stary wędrowiec. Takich już mało. Pamięta jak stały tu wielosetmetrowe kolejki po bilety, stąd wyruszało się pieszo, lub konnym wozem. Dziś można pojechać elektrycznym wózkiem, lub pójść - jak on, jak zawsze pieszo. Wózki stoją zasypane kurzem, lecz droga do jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi, pusta. Gdzie te dawne tłumy? Postarzały się, odeszły, a nowe pokolenie wychowane w świecie wirtualnym, ma wszystko na ekranie, nie chodzi po górach. 

Czy ktoś ich jeszcze nauczy Tatr? Czy będą mieli od kogo się nauczyć obecności w rzeczywistości?

Ta droga to odpowiedź.

Czekał. Podjechał bus, wysiadło z niego paru staruszków z przewodnikiem, też staruszkiem. Wsiedli do dwóch elektrycznych wózków i odjechali. Chwilę wpatrywał się w ich ślady.

Z dala ujrzał dwoje biegnących ludzi. Minęli jego i elektroniczną bramkę, zostały kolejne ślady.

Na parking wjechał samochód. Wysiadł z niego mężczyzna. Po chwili podjechał następny, tym razem wysiadła z niego kobieta. Podeszła do mężczyzny, lecz wnet zawróciła i skierowała się w stronę bramki.

Powiedział do siebie: - No cóż, spóźniają się. Poczekam. – patrzył dalej w stronę ponownie opustoszałej drogi.

- Cześć! Jestem! – usłyszał za plecami. Odwrócił się. Odpowiedział niepewnie:

- Czeeeść. - przed nim stała kobieta, która przed chwilą wysiadła z samochodu. Teraz poznał, to był „aniołek”, ale, który aniołek?

Odezwała się widząc jego zakłopotanie:  - Jestem Monika, młodszy aniołek. Teraz wyglądam jak moja mama, gdy ją widziałeś dwadzieścia lat temu. – podała mu rękę na przywitanie, lecz po chwili przytuliła się do niego i zapłakała. 

– Przyjechałam sama, chciałyśmy przyjechać obie, ale mama … mama … mama jest zbyt słaba. Jest chora. Umiera. – rozpłakała się jeszcze mocniej i mocniej wtuliła. Trwało to ładnych parę chwil, a on nie śmiał się z tego uścisku wyzwolić, wręcz przeciwnie, mocniej ją przytulał, jakby chcąc jej tym ulżyć, zabrać choć część cierpienia, smutku.

- Tęskniłyśmy przez cały ten czas za górami, za tobą, za naszymi rozmowami, za tym klimatem, górskim wiatrem, za twoim głosem przypominającym szept gór. Tęskniłyśmy za wspólną wędrówką. Tęskniłyśmy przez te wszystkie lata. Ale … ale … Nie wiem, co powiedzieć. Gdy mama się rozchorowała, zapomniałyśmy o wędrówkach, chciałyśmy pokonać chorobę. Mama jest silna, walczy. Tak, cały czas walczy.

Gdy się ostatni raz widzieliśmy, tam na Czerwonych Wierchach, wiedziała już o chorobie. Nic nie powiedziała, nie chciała psuć nastroju. Chyba tylko nasze dusze to już wtedy wiedziały …

Tamte rozmowy jej pomogły. Dlatego jest tak silna … zaufała. Powierzyła się życiu. Powiedziała sobie i światu, że cokolwiek się ma zdarzyć, akceptuje to. Poczuła, że oprócz tego, co widzi, oprócz tego, co można dotknąć, z czym można się zidentyfikować, jest coś trwalszego, wiecznego, nieprzemijającego, bezkresnego.

W ogóle mama, od kiedy parę razy spotkała się z tobą, uwierzyła w rzeczy, w energie, których wcześniej nie znała, nie zdawała sobie z nich sprawy … O jej, przepraszam! Tak mi dobrze w twych ramionach, tak poczułam się bezpieczna, taka radość mnie wypełniła, że zapomniałam, po co tu przyjechałam. Przepraszam! – oderwała się od niego, choć to ona mocniej go ściskała, mocniej go trzymała i chciała, by to trwało jak najdłużej. Wytarła łzy i powiedziała:


- Chciałam pójść z tobą na Rysy. Chcę zdobyć ten najwyższy szczyt … bo wiele jeszcze zostało do zrozumienia. Chyba nie tylko dla mnie, pewnie i dla mamy. Ona jest za słaba, by tam wejść. Zrobię to dla niej, wejdę za nią, za jej chore ciało, ale wspólnie z jej duszą. Pewnie ona to poczuje. Zaniosę jej później tę nowinę, to zrozumienie, tę radość spotkania z górami i tobą.

Piotrze możemy ruszać.  – wysłuchał, skinął głową. Poczuł w sobie lekkie drżenie, a w okolicy serca poczuł każde jej słowo i każdą przestrzeń spomiędzy słów.

- Tak, idziemy! – potwierdził.

-  Chciałam podziękować. Dużo się od pana nauczyłyśmy, wiele zrozumiałyśmy. Jest pan naszym mistrzem. Mama pana pokochała, inaczej, nie tak jak kiedyś pokochała innego mężczyznę. I kocha cały czas i tęskni. Ja też pokochałam i też tęsknię. Ale jakoś obie musiałyśmy sobie poradzić ...

Dzięki naszej wspólnej wędrówce w Tatrach, dzięki temu, co tam zrozumiałyśmy, coś w nas wykiełkowało, nauczyłyśmy się kochać inaczej - nie pragnąc. Nauczyłyśmy się być samotne. Wiem, czuję, że gdyby pan był obok, gdzieś blisko nas, może byłoby inaczej, łatwiej, nie wiem … Czasem mi się zdawało, iż mama nie zbliżyła się do pana, ze względu na mnie, bo czuła, że jest pan w moim sercu i to raczej nie, jako mój tata, ale mężczyzna. Może mój mistrz, nauczyciel, ale jednak mężczyzna. Gdy jej o tym powiedziałam, poprosiła, bym nigdy, przenigdy nie miała poczucia winy, bym zaakceptowała życie takie, jakie jest i bym nie próbowała o nic walczyć, niczego zmieniać, coś robić dla kogoś, ustępować, iść na kompromis, oddając swoje na rzecz kogoś innego, choćby na rzecz matki. Powiedziała: Nigdy tak nie myśl. Nie wolno ci!

Jest pan, …  jesteś Piotrze, naszym mistrzem. Czy tak mogę, Piotrze? – spojrzała na niego, sama zdziwiona takim przypływem szczerości, tego, że tak łatwo z niej wylewają się takie dość osobiste treści. Poczuła, że jej hamulce puściły, że serce bierze górę nad głową i nie dba o to, co ktoś pomyśli - to, co w sercu, to na dłoni, to w świecie.

- Tak, aniołku. Już dawno oddałem władzę i nad światem, nad kimkolwiek i nad sobą samym. Nie jestem panem i nie jestem mistrzem. Nie jestem nim, bo przy mistrzu niczego się nie uczysz, wręcz odwrotnie, zapominasz, oduczasz się wszystkiego, czego się nauczyłaś. Jestem zwykłym nauczycielem, może takim, który zrozumiał, że nauczanie, to jest taka szkodliwa działalność i nie powinien nauczać, bo i tak nikogo i niczego nie zmieni, a może tylko kogoś oddalić od bycia sobą. Ale cóż … czasem … może rzadziej niż kiedyś … ale się zapędzam … no cóż … słaba ze mnie istota … powiedział z szerokim uśmiechem. Mówiłem to, co czułem.

I jeszcze inna jest w tym tajemnica. To zrozumiałem po rozmowach z wami: To ja się przy was uczyłem. Sam byłem zdziwiony, że tu, w waszej obecności, w obecności gór, mówiłem takie rzeczy. Przecież nigdy wcześniej nie były one przedmiotem mojej kontemplacji, nie układałem sobie tego, co mam powiedzieć, nie umieszczałem tego w jakichś katalogach w umyśle.

Wtedy moje słowa tworzyła chwila, inspiracja płynęła z otaczających nas gór i dolin, z przelatujących nad nami orłów, z wiatru, który szeptał nam coś do ucha, który bawił się z trawami tam na szczytach Czerwonych Wierchów, który tańczył nam na twarzach, który wplatał się w wasze włosy. A ja patrzyłem na was i widziałem w was anioły, które mi życie postawiło na mojej drodze. Byłem wdzięczny życiu, że doświadczyłem tak pięknego zjawiska jak wy obie, że mogę coś wam powiedzieć, że mnie wysłuchacie, że jestem dla was ważny. Serce moje zakochało się w was od pierwszego wejrzenia. Zakochało się też inaczej, niż wcześniej. Dzięki tej miłości poczułem, że kocham cały świat, wszystko, co mnie otacza i wszystko, co jest we mnie. Też zdałem sobie sprawę, że jestem, że istnieję w tym świecie sam, że ta samotność jest naturą człowieka, że tu nic w tej kwestii nie można zmienić. Oczywiście mógłbym się starać o to, by być bliżej was, może nawet razem, ale to i tak niczego, by nie zmieniło, nie polepszyło, nie naprawiło, nikogo by nie uszczęśliwiło. Zrozumiałem, czym jest tęsknota, że to nie serce tęskni, nie dusza, lecz coś na powierzchni i że trzeba sobie z tym poradzić, bo nie da się inaczej żyć.

A da się żyć. Nauczyłem się tę swoją tęsknotę obserwować, zagłębiać w nią, szukać, gdzie ona mieszka i znalazłem jej dom, tę piwnicę, w której się ukrywa. Tak, tęsknota nie ma nic wspólnego z sercem. To mi pomogło, na trwałe pomogło.

Tak, że jak widzisz, wy też byłyście i jesteście moimi mistrzyniami, a ja waszym uczniem. Życie jest, jakie jest, ma swoją tajemnicę, wszędzie gdzieś podsyła ludzi, zdarzenia, rzeczy i uczucia, emocje, by poznawać, by brać to wszystko jako lustra, które odzwierciedlają nas samych. Znasz już to, poznałaś już wiele z tych tajemnic, a im więcej poznałaś, tym więcej ich poznajesz, tym więcej kolejnych ci się pojawi na ścieżce.

Tworzysz ją idąc, tworzysz swoje życie wędrując. Tak to się właśnie dzieje, taka jest nasza kreacja, taka jest nasza nauka, taka droga do zrozumienia, do poznania siebie. Taki jest cel życia, tak jak powiedział kiedyś jeden z moich wielkich mistrzów, by: „Tworzyć drogę idąc”.

No i widzisz? Jaki ze mnie mistrz? Nauczałem was o miłości, o strachu, tyle się uczyłyście i nauczyłyście, ale niewiele porzuciłyście, a więcej miałyście porzucić, niż się nauczyć. By zrobić w sobie miejsce na piękno, na miłość i wolność, na akceptację, na zdrowie i harmonię, potrzeba coś z siebie wyrzucić, wyrzucić śmieci. A jak to zrobić? Otworzyć się. Zatrzymałyście w sobie strach, to widzę. Tworzyłyście swoją drogę, lecz był obecny w niej strach. Oczekiwania, choćby jedno najmniejsze pragnienie go tworzy. Nie wyzbyłyście się ich, ani mama, ani ty.  Nie obrałyście tych cebul do końca, chyba dopiero zaczęłyście je obierać. Może wystraszyłyście się tego płaczu, który przy tym się przydarza. A lęk, jak cebula, ma wiele warstw. Wiele jeszcze zostało, jeszcze daleko do ostatniej. Jeszcze wiele wędrówek przed wami, wiele szczytów do zdobycia. Może ten jest ostatni, któż to wie.

Aniołku, zdobądźmy w takim razie ten szczyt. To jest nasza dzisiejsza droga, a to, co się tam przydarzy na niej, co spotkamy, co zobaczymy w lustrze, niech będzie tajemnicą, póki się nie zdarzy. To, co nam potrzebne, to uważność. To otwartość, to ufność. Potrzebna uważność, by nie przegapić czegoś istotnego.

Powiem ci jeszcze jedno, bądźmy w tych chwilach, w tej drodze na szczyt, na ten najwyższy szczyt … bądźmy obecni. Bądźmy tu, a nie w głowie, nie w myślach. Bądźmy bez pragnień, nawet bez jednego, nawet tego by być bez pragnień.

Dotrze i przepłynie przez ciebie tylko to, na co jesteś gotowa. Pozostawi w tobie ślad, nasionko. Jeśli nie będziesz gotowa, prawda będzie musiała zaczekać. Może, może w tej chwili jesteś gotowa na kłamstwa, na piękne słowa, bo jesteś zamknięta, nieobecna, wystraszona. Dlatego mówię: Bądź obecna! Obecność to gotowość na zmierzenie się z prawdą, to gotowość na porzucenie kłamstw i strachu. Bądź obecna. Jeśli jesteś obecna, teraz, w tej chwili, to nie wracasz do przeszłości by szukać tam źródeł lęku, nie biegniesz w przyszłość, by pragnieniem tworzyć nowe lęki, to odrzucasz tę całą cebulę, bez płaczu i bólu. Poczujesz różnicę: zdarzy się albo płacz, albo radość.

Jedyna prawdziwa droga, którą odnajdujesz, którą tworzysz, to ta w obecności, w twojej obecności. Jeśli będzie choć jedno pragnienie, jedna najbardziej subtelna myśl, nie będziesz obecna, nie będzie cię tu i teraz. Jeśli będą w tobie słowa, dużo słów, to obecność się nie zdarzy.

I jeszcze jedno: we mnie nie ma słów. Od kiedy ostatni raz się widzieliśmy, ubywało ich z każdą chwilą. I dlatego cię proszę, nie wymagaj ich ode mnie. Trzeba zmienić kierunek poszukiwania – nie poprzez słowa, poprzez świat, nie przeze mnie, nie poprzez mamę, nie poprzez wczoraj i jutro, nawet ty musisz zniknąć – twoja głowa i całe związane z nią utożsamienie.

Tylko serce musi pozostać. Jeśli umrze w tobie, co nieprawdziwe, zostanie tylko prawda – serce. Tylko ono jest prawdziwe. Więc tylko jego głosu słuchaj. Porzuć mnie i moje słowa, te z teraz i te z dawna w tobie obecne, porzuć mamę, porzuć siebie, a zostaw serce.

Cisza serca to twoja droga. Ono nie krzyczy, nie woła, nie mówi, jest ciche. By usłyszeć ten szept ciszy, bądź cicha, bądź obecna.

Jesteś sobą, będąc przy sercu. Niech droga na szczyt przyniesie ci porozumienie z nim, przyniesie ci jego bliskość. To jest moje przesłanie. Nie są nim moje słowa, lecz cisza twego serca.

Rozumiesz?  Zgadzasz się aniołku, zgadzasz się Monika? – zaproponował.

– Tak. Tego właśnie pragnęłam, pełnej obecności, obecności i dla siebie i dla mamy. – od razu przytaknęła. Na co od razu zareagował:

- Dla mamy? To jest rozmowa o tobie, o twojej drodze, a nie o mamie. Tak naprawdę ty potrzebujesz poznać prawdę, a nie twoja mama. Mama poszukuje prawdy inną drogą.  Może jest tam więcej nieszczęścia, cierpienia, choroby, smutku, samotności, ale to jej droga. Mimo, że jesteś przy niej, że jesteś blisko, to nie macie wspólnej drogi, mama ma swoją, a ty swoją. Zrozum to.

Nie żyjesz dla niej, żyjesz dla siebie. Niczego dla niej nie pragnij, ani niczego dla siebie nie pragnij. Wolność nie dotyczy materii, polityki, przestrzeni. Wolność to czystość umysłu. Twój duch taki jest, ale umysł masz skażony, właśnie pragnieniem. Teraz masz kolejne dotyczące twojej mamy. I nieważne, kogo ono dotyczy, czego dotyczy, czy miłości, czy wolności, czy przyziemnej materii – gdy jest, nie jesteś wolna. Jesteś obciążona strachem. Pragnienie i strach to nierozłączni partnerzy.

Tak jak mój ulubiony mistrz powiedział: „Wolność nie oznacza wolności dla siebie, ale od siebie.” Rozumiesz? Póki pragniesz, to nie jesteś wolna, gdy porzucasz swoje pragnienie, jesteś wolna nie tylko od pragnienia, lecz i od siebie. Znikasz, stajesz się nikim. Jesteś nikim, lecz otwartym na wszystko. I wtedy wszystko – pełnia w ciebie wpływa.

To trudne. Muszę ci to przekazać słowem, inaczej nie potrafię. Nie jestem mistrzem, ja ci to tylko mówię. Nie mogę ci dać, przekazać, w jakiś sposób oświetlić tych paru kroków przed tobą.

Twoja droga jest twoją drogą. To ty ją tworzysz. A mama tworzy swoją. Pokrzyżowałyście swoje drogi. Nie zrozum mnie źle: Nie mówię o ścieżkach życia, mówię cały czas o świadomości, o drodze jaką jest świadomość. A na tej drodze leży, blokuje ją na całej szerokości, umysł, czyli myśli, pragnienia. To tak, jak ta góra blokuje drogę do przestrzeni za nią. Tam za nią jest jakaś dolina, może równina, może ocean, lecz nie możesz ani tego zobaczyć, ani tam pójść prostą drogą. Tak jest z umysłem. Cały czas coś blokuje, zatrzymuje, coś zamyka, coś zaciemnia. I póki sobie z nim nie poradzimy, nie zrozumiemy jak funkcjonuje, to życie jest jedną wielką męką, pełną absurdów i śmieci, chorób i smutku, pełną strachu. To jest nieobecność, to jest sen.

Gdy się spotkaliśmy pierwszy raz, prawie czterdzieści lat temu, widziałem ten strach w twojej mamie. Nie pozbyła się go do dziś. Może zamieniła ten na inny, lub tamten na coś innego. Może boi się o ciebie, lecz nadal on jest w niej. Gdy się wspinaliśmy na Zawrat, cieszyła się, że się go pozbyła, lecz pewnie, gdy wróciłyście do domu, wrócił strach. Może związałyście się na powrót z tym, który na czas gór zostawiacie w domu, w czterech ścianach. Zrzuciła tylko pierwszą łupinkę cebuli.

W tobie, gdy byłaś dzieckiem go nie było. Pamiętam cię jako beztroskie dziecko, ufne, spontaniczne, w którym nie było żadnego lęku, bo nie było żadnego pragnienia. Lecz pewnie współczując mamie, będąc przy niej, nauczyłaś się od niej bać o siebie i bać o nią. Nauczyłaś się miłości, w której się pragnie, nauczyłaś się pragnąć miłości. Może to moja wina, może coś zrobiłem nie tak. Może nie byłyście gotowe, by zagłębić się w przestrzenie między słowami, nie byłyście gotowe do wchłonięcia ciszy, do odnalezienia jej w sobie. Miłość odkrywa się w obecności ciszy, ciszy serca. Dlatego idźmy w ciszy, pozwólmy sercu mówić!

Lecz widzę, że jesteś uzależniona od moich słów. Wielu ludzi jest przywiązanych do swoich słów, ty zaś do moich.



Tak, nie jestem dość twardy, by cię popchnąć w tę przepaść bez słów, byś została sama ze sobą. Chyba też się dopiero uczę tego, tej twardości skały, jaką ma mistrz wobec swojego ucznia. Tak, tylko skała może być niewrażliwa na słowa, nawet, jeśli to jest prośba aniołków. No cóż, czuję, że też potrzebuję się wdrapać na te Rysy. Moja cebula jeszcze nie jest naga, coś z niej zostało. – na chwilę zamilkł. Ona zaś patrząc na niego, poprosiła:

- Piotrze, wiem, jest w tobie tyle współczucia, w żadnej skale tyle nie ma. I to prawda, że jestem uzależniona od twych słów, od ciebie. Mówiłam o tym, takie jest to moje zakochanie, lecz i takie jest to twoje. Nie potrafisz popchnąć, bo jakże mógłbyś popychać coś, co kochasz, jak mógłbyś odpychać to, co akceptujesz takie, jakie jest. Jest w tobie jedynie TAK, nie ma „nie” i dlatego odpowiadasz, znosisz naszą ignorancję, znosisz nasze oddalenia i zbliżenia, znosisz nasze przywiązanie, znosisz to, że jesteśmy bardziej przywiązane do twoich słów, niż do twojego serca i duszy. Tak jest, bo jesteśmy słabe, bo jesteśmy ludźmi, słabymi, nieświadomymi, śpiącymi, pełnymi przywiązań, uzależnień i pełnymi słów.  

Dwadzieścia lat temu, gdy schodziliśmy z Czerwonych Wierchów, już na końcu naszej wycieczki, czułam, że posmutniałeś. Czułam, że mama niesie swój strach, lecz, ty też niosłeś swój. Czułeś, że obiecujemy obecność, a się oddalimy. Nic nie powiedziałeś. Pytałam mamy, ale ona już się bała, a ty o tym wiedziałeś. I tak nawzajem pozarażaliśmy się lękiem. Nieważne, od kogo on pochodził.

Może potrzeba dwudziestu lat, by coś, co zostało zasiane wzeszło.

Na pewno coś zostało zasiane, dzisiaj to widzę.

Wtedy chciałam coś zrobić, znowu coś powiedzieć, by coś zmienić, by oddalić twój smutek. Ale co mogłam zrobić? Co ty mogłeś zrobić, by mama przestała się lękać? Znowu pofilozofować? Znowu wygłosić piękną mowę z wysokich szczytów? Co by to dało?

Wiedziałeś, że trzeba czekać.  

Tak, trochę uwiesiłyśmy się na tobie, zaufałyśmy tobie, twojej uzdrowicielskiej mocy, a zapomniałyśmy, że prawdziwe zaufanie zaczyna się w nas samych. Zaufanie samemu sobie, powierzenie się sobie, a później egzystencji, tej rzece, tej drodze, która nas niesie, którą tworzymy. No właśnie, to też trzeba zrozumieć: swoją drogę nie tworzymy działaniem, myśleniem, kreowaniem zakrętów, lecz wręcz przeciwnie: siadamy wygodnie w łodzi bez wioseł i płyniemy. To jest nasza kreacja. Tak jak tu na tej drodze, idziemy i patrzymy: na drogę, na siebie i nic nie robimy.

Nie angażuję się, akceptuję zakręty, droga mnie prowadzi, nie muszę się martwić. Mogę zamknąć oczy. Tak samo, gdy pojawią się wiry na rzece. Co będzie to … będzie. Nie oglądam się za siebie, nie czekam na to, co będzie za zakrętem. Idę, płynę, jadę. Po prostu wędruję. Tak ją tworzę. Nie ma woźnicy, nie ma decyzji, nie ma mnie, a jest podróż, jest wędrówka, jest życie.

To jest prawdziwa twórczość. To jest najwyższy szczyt.

Problem, że nie mogę na ten szczyt wskoczyć jednym skokiem, mogę wejść w iluś tam krokach, a każdy z nich to wyższy poziom zrozumienia. A najciekawsze, że gdy już wchodzę, to widzę, że … możliwy był skok. Lecz żaden mistrz mi tego nie powie, bo nie jestem gotowa, bo mogłoby mnie to przerazić i na tysiąc lat bym zrezygnowała z górskich wędrówek. Więc co to jest tych dwadzieścia lat? Dla tęskniących myśli dużo, lecz dla serc i dusz?

Czasem mówię do siebie: - Tak to aniołku jest z tą drogą, ze strachem, z pragnieniami. Lecz wiem też, że jestem w drodze, że się nie zatrzymałam, bo czuję, iż ta droga mnie cieszy.

Widzę w sobie lęk. Czuję. To widać w słowach, we łzach, w oczach, w pytaniach, w tym pragnieniu wejścia na szczyt, w pragnieniu spotkania z tobą. Od jakiegoś czasu, zdałam sobie sprawę, iż jest obecny i był obecny w tobie, w mojej mamie, w ludziach. Coraz więcej rozumiem, bo poznałam swój własny lęk i swoją miłość.

Wiem też, że klucz, to moja mama.

 Jeśli żyję dla niej, a ona dla mnie, to się obie unieszczęśliwiamy, tworzymy sobie nawzajem nieszczęście, wpędzamy się w niewolę. Nie mówię tu o materii, o wspólnych ścianach domu, mówię tu o mentalnym zaangażowaniu, o pozorach bycia sercem przy sercu. Tak naprawdę stworzyłyśmy dziwne życie, sądzimy, że nauczyłyśmy się samotności, ale tak naprawdę, to tylko miraż, bo ja zabijam jej samotność, a ona moją.

Niczego się nie nauczyłyśmy, odsunęłyśmy tylko innych ludzi ze swego życia, ale pozostałyśmy dla siebie nawzajem ostoją. To jest ta mamy choroba i to jest ta moja choroba.

Gibran w Proroku mówi do mnie: zadbaj o siebie. Mówi: Przez mamę przychodzisz, lecz nie od niej. I chociaż jest z tobą, to do niej nie należysz. Jesteś córką Życia, a nie jej córką. Może dać ci miłość swoją, ale słów swoich dać ci nie może. I tak samo jest na odwrót. Trochę niedokładnie to zacytowałam, ale rozumiem tego sens.

Wiem, mama tworzy swoją drogę, a ja swoją. Już dawno nadszedł czas, by rozluźnić swój chwyt, tak jak to robi liść jesienią i odpada od gałęzi drzewa. Niczego mamy nie nauczę, nie zmienię jej drogi, nie włożę niczego do jej zrozumienia, póki czegoś nie dodam do mojego zrozumienia.

Wiem też, iż właśnie w tym, co przynosi jej życie jest pewien wielki dar, dar umierania ze zrozumieniem.  Może mama jest gotowa, by poprzez śmierć zrozumieć wieczność istnienia. To samo dotyczy mnie. Nie chciałabym, by ktoś ingerował w moją drogę, w mój sposób wędrowania, by mnie dezinformował, by odbierał mi boskie dary, tylko po to, by mnie zatrzymać, bym nadal była jego niewolnikiem.

Musimy się nauczyć rozumieć, czym jest nasza własna samotność. Nigdy, tak naprawdę jej nie zaznałam. Nigdy nie byłam i dlatego mama odchodzi, bym się tej jednej części życia nauczyła, bym zrozumiała, żem z natury samotna.

To bardzo głęboka rzecz, mój i mamy związek jest natury emocjonalnej, to związek dwóch umysłów, dwóch ciał, to mentalne przywiązanie, a powinniśmy obie zrozumieć, że jesteśmy połączone inaczej, że owszem mamy dwie formy, widzimy dwie krople w lustrze, lecz jesteśmy jedną duszą, jedną kroplą, jednym oceanem. Gdy to do nas dotrze, poczujemy się lepiej, łatwiej się będzie nam żyło.

Mama podświadomie chce zrobić mi miejsce, chce zwolnić mi przestrzeń, chce zerwać wreszcie pępowinę, bo stałyśmy się jednym ciałem, jednym umysłem, a to jest niezgodne z naturą, z zamysłem stwórcy. Nie uda mi się zabić jej samotności, bo samotność jest stanem naturalnym. 

Rozumiem, jej umieranie jest jej własną wędrówką i nie mogę zamykać drzwi.

Moja bezradność, z punktu widzenia tych, którzy żyją obok nas, z punktu widzenia mojego ego, jest piękna i pożyteczna, taka typowo ludzka, lecz świadczy o niezrozumieniu, o mojej niedojrzałości, o spoglądaniu na świat z najniższego poziomu, z najgłębszej doliny.

Muszę pozwolić umrzeć temu związkowi, tej chorobie, która nas łączy. Może to ją uratuje, może to uratuje mnie.

I dlatego kiedyś w jakimś śnie, usłyszałam słowa, chyba były twoje, bo zapragnęłam się z tobą spotkać. Tak sobie ubzdurałam, że ty je potwierdzisz, że powiesz tak: „Aniołku, to chyba są twoje Rysy, to jest twój najwyższy szczyt. Nie miej o to do mnie pretensji, bo chcę być z tobą szczery: Stworzyłyście z mamą enklawę, swój własny prywatny raj, i na zmianę pełnicie w nim funkcję Boga i ludzkości. To nie jest prawdziwy świat, to jest świat wirtualny. Nic wam się nie może przydarzyć, bo nie ma tam prawdziwych przepaści, droga nie jest tak naprawdę śliska, żadne zwierzę was nie pogryzie, nie zgubicie ścieżki, bo to wszystko to tylko światła i cienie, same fatamorgany. Idź w prawdziwe góry!” Taki miałam sen i uświadomił mi, że nawet na jawie śnię. Minęło parę chwil i oto się zrealizował, jesteś tu, ja tu jestem, jest ta droga.

I teraz, gdy się rozglądam tu wokół idąc do Morskiego Oka, a stamtąd mam ruszyć na Rysy, to chyba też jestem we śnie, ale też wiem, że trzeba się przebudzić. Czuję, że to się stanie, że ujrzę wreszcie rzeczywistość.  – na chwilę przerwała, bo właśnie dotarli do miejsca skąd otworzył się widok na jezioro, na Rysy, na pozostałe szczyty. Zaniemówiła na dłuższą chwilę. Uszły z niej kolejne łzy. On nic nie mówił, tylko patrzył. Ona czuła, że on obserwuje i ją, i siebie, i otoczenie, i że nie chce zakłócać odkrywania jej drogi, że on dopasował się do niej, że będzie szedł za nią, że będzie tylko jej ubezpieczeniem, takim przyjaznym, współczującym duchem, dodającym odwagi, ale pilnującym by prowadziło ją własne serce i by słowo, szczególnie jego słowo nie zakłócało ciszy, jej ciszy. Nie prosiła więc o nic, nie zadawała pytań.

Zaś jej słowa … to takie oczyszczenie, wyrzucenie tego, co się nazbierało przez dwadzieścia lat. Każde z nich to był krok, to był krok z mniejszym ciężarem. Nie starała się ich zatrzymać, bo i tak musiały wyjść, znaleźć ujście. Czuła, że nie musi się o to winić, on to akceptował, to było ćwiczenie, które jej zadał. Pewnie przyjdą za chwilę kolejne zadania, ćwiczenia, o których on nie powie, ale przyjdą, ona to poczuje. Spojrzała na niego, w jego oczy, a tam błysły światła, odbite słońce. Lecz po chwili uzmysłowiła sobie, że jest tam, w jego oczach, więcej wilgoci, niż zwykle, że musiały się tam urodzić jakieś łzy. Zapytała: - Co Cię tak wzrusza? Możesz mi to wyjawić?

- Tak. Jestem tu może setny raz, ale jakby pierwszy raz. To jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Jeszcze kilkanaście lat temu, chadzały tędy miliony ludzi, teraz jestem tu tylko z tobą, a przed nami, tam w dole na kamieniach siedzi paru staruszków. Czuję, że przyjechali, by popatrzeć na Morskie Oko ostatni raz w życiu, bo pewnie szykują się do „odlotu”, a poznali to miejsce dawno temu, w młodości i to miejsce, ten czar w nich pozostał na całe życie.

I wzruszyłem się, współczułem im, ale też poczułem współczucie do tych, których tu nie ma i nigdy nie będzie. Kto ich nauczy piękna? Kto pomoże im nauczyć się miłości? Kto im pomoże porzucić strach? Kto im pomoże poznać siebie? Kto im pomoże się obudzić? Kto im pomoże poznać rzeczywistość? Kto im pomoże poznać prawdę – góry i doliny życia? Kto ich poprowadzi do tajemnic? Czy oni kiedykolwiek będą tworzyć swoją drogę?

Współczułem, ale po chwili zrozumiałem, że to nie moja sprawa, by się tym przejmować, że drogę na pewno znajdą i nią pójdą i że będzie ona inną drogą, nie poprzez doliny i góry. Będzie inna, ale na pewno będzie, bo taka jest natura rzeczy.

Patrzyłem na nich i zobaczyłem  - ich droga jest już niedługa, lecz szukają tego samego co ty, co twoja mama, co ja. Więc nie mamy się czym przejmować. To tyle. – uśmiechnęła się słysząc te słowa i dodała:

- Tak, też poczułam, tak jak oni, duszę tego miejsca, tę magię, tę energię natury, to boskie dzieło, nieporównywalne z niczym. Człowiek przez tysiące lat kreowania rzeczy, nie wymyślił, nie skonstruował choć namiastki tego, co tu dotykamy. To naprawdę dotyka głębi, prawdy.

Dlaczego, dlaczego tak głęboko? Bo to jest prawdziwe, żyjące, tętniące i umierające. Za miliony lat będzie w tym miejscu, być może, pustynia, lub inne, piękniejsze miejsce, ale to miejsce żyje, bo jest tu natura, są tu dusze, tu jest całość, tu jest prawda i tu jest … tajemnica. Przy komputerze, w książce, w mówionym czy wysłuchiwanym słowie nie ma tajemnicy, tam nic nie jest ukryte, niewytłumaczalne, nielogiczne. Możesz dojść w każdej chwili jak po nitce do kłębka do sedna, ale niczego nie zyskujesz oprócz wiedzy, tu zyskujesz poznanie siebie. Miedzy wiedzą o świecie, a poznaniem siebie, jest ogromna różnica: gdyby nie to poznawanie siebie, życie by się nie utrzymało we Wszechświecie dłużej niż jedno pokolenie, nie byłoby po co żyć.

Wszechświat można zbadać szybko, można dotrzeć do jego tajemnic, a gdzie nie da się dotrzeć ciałem, czy szkiełkiem, to można dotrzeć wyobraźnią. Później można to wszystko przy pomocy logiki i filozofii wytłumaczyć i już po celach, już „po ptakach”. Od tej pory wiałoby tylko nudą. Pozostałyby tylko same książki o tym - właściwie, to jedna, dobra książka, by wystarczyła.

Ale ty jesteś głębszy, ja jestem głębsza, ci starcy są głębsi: mają w sobie więcej tajemnic niż wszystkie wszechświaty razem wzięte, przynajmniej o jedną więcej. I tylko dlatego warto żyć. Dlatego, mimo, że to ich ostatnie kroki na ziemi, przychodzą się cieszyć. Pewnie umierając też będą przeżywać ekstazę, bo to będzie szczyt poznania.

Tak, za chwilę poznam te cuda jeszcze inaczej. Za parę godzin popatrzę na to z góry, z wyższej perspektywy i przede wszystkim doświadczę tego. Moje marzenie, to tylko marzenie, to tylko jakiś obraz i parę słów, a doświadczenie jest czymś innym, jest prawdą.

Czuję, że ten asfalt, te dziewięć kilometrów asfaltu to był czas słów, to była jakaś namiastka życia, to był tylko sen o górach, że dopiero teraz, gdy się skończą słowa, zdarzą się góry, zdarzy się prawda. Czasem płaczemy, bo chcielibyśmy zabrać ze sobą innych, takich starców, moją mamę, ale nie możemy i dlatego płaczemy.

Chcesz byśmy byli obecni, by nie rodziły się w nas słowa, bo przegapimy tę drogę, ten najwyższy szczyt. Mówię więc do siebie: „Aniołku, nie masz innej misji, niż ten najwyższy szczyt zrozumienia, niż bycie sobą, niż słuchanie swego serca. Nie masz innej misji niż tworzenie swojej drogi w zgodzie z sercem. Tylko to jest moją misją.” – przerwała, by się wypłakać wśród „kosmicznego” piękna. Patrzyli w górę i w odbijane w lustrze jeziora szczyty. Mimo łez i poprzez łzy mówiła:

- Rozumiem, chłonę, ale nie potrafię nic powiedzieć, nie potrafię, brak mi słów. Szkoda, że tu nie ma mamy, bo nie będę jej tego potrafiła opisać … - teraz to już był szloch. On spojrzał na nią karcącym wzrokiem i natychmiast zrozumiała, co jej tym spojrzeniem przekazał.

Siedzieli na kamieniach nad stawem i rozmawiali dalej, patrząc w wodę, w odbicia w niej, oraz na Rysy, stąd niepozorne, wcale nie najwyższe, ale ona czuła, że to tylko pozory, że to tylko taka gra, takie wrażenie. Za chwilę pozna prawdę, przekona się na własnej skórze, na własnych nogach, przekona się swoim doświadczeniem, obecnością, czym są Rysy, jaki jest ich zapach, jak smakują, czego wymagają i co dają w zamian.

Zrozumiała, co Piotr ma na myśli, mówiąc o obecności, dlatego chciała, by wszystkie słowa, by wszystkie pytania i odpowiedzi na nie, zdarzyły się zanim wyruszą, zanim będzie się działo prawdziwe życie, a nie słowa, nie ta wirtualna gra w życie, lecz samo życie. Chciała go zapytać patrząc na tych zmęczonych życiem starców, lecz w chwili, gdy w ich oczach dostrzegła zdumienie, zatrzymała się. Pewnie zobaczyli coś, czego wcześniej nigdy tu nie widzieli. Co to mogło być? Co taki starzec mógł zobaczyć, co mogło wywołać w nim zdumienie? Co powstrzymało ich od gadania? Zna wielu starców, wszyscy dużo mówią, jakby chcieli zdążyć z wypowiedzeniem wszystkich słów świata przed śmiercią. Ci starcy nie mówili nic, lecz w ich oczach … to ją zaintrygowało.

I nagle uświadomiła sobie: - Zobaczyli śmierć, swoją własną śmierć. Natychmiast jej płacz ucichł i jakby z przekory, zupełnie nielogicznie, a nawet nieprzyzwoicie pojawił się uśmiech, jakaś wewnętrzna radość. Chciała zapytać:  – Piotrze, czy muszę coś wiedzieć, zanim rozpoczniemy wspinaczkę?  - lecz zanim to z niej wyszło, już odpowiedziała sama sobie, tak jakby to on powiedział:

- Nie, nie jest ci potrzebna żadna wiedza. Zaakceptuj i Rysy i siebie, a reszta niech się dzieje. Po co ci wiedza? Chcesz się odgrodzić nią od gór, od życia, od tajemnic? Zaufaj, poddaj się, płyń w pełnej uważności. To tyle. Aaaa … jeszcze coś, pamiętaj, że jak patrzysz na życie, jak się nim delektujesz, to jest jeszcze druga jego część, jest śmierć. To ona właśnie, jej tajemnica, jej pamiętanie coś w tobie obudzi. Nie chcę ci wyjawiać szczegółów, bo to twoja droga, … i idź nią sama. – lecz znowu przyszło pytanie:

- Czy mi to pomoże? Jak mogę pomóc mamie? – znowu pytała, bo czuła, że to ją dręczy. Tak sobie jakoś wmówiła, że albo góry jej pomogą, albo Piotr. Pytała więc, ale natychmiast za tym poszła jej własna odpowiedź, znowu jakby z jego ust:

- Nie wiem, ja nic nie wiem. Ty zawierasz wszystkie pytania i odpowiedzi, więc nie szukaj ich u mnie. Jak coś będę wiedział, to ci powiem. Ja wcale nie jestem mądrzejszy od ciebie, tylko to sobie ubzdurałaś. Mogę ci tylko powiedzieć: przyjrzyj się śmierci, wchłoń ją, poczuj tę ciemną stronę, tę otchłań, tę pustkę. Poznaj też smutek, też strach. Wszystko, tak jak kij, ma dwa końce. Nie trzymaj się kurczowo jednego końca, poznaj ten drugi. Poznaj. Nie masz wyboru, przecież chcesz pomóc … Twoja mama też szuka, wydaje się jej, że nie daje rady, stąd zapadła się w jakaś dziurę. Pomóż więc sobie, a pomożesz jej. Pomóż sobie … to jest twój kierunek. Zapomnij o mamie, to się samo naprawi.

Zapomnij o niej, idź na ten szczyt sama, nie dźwigaj jej. Zostaw też swoje pragnienie, jakiekolwiek ono jest i kogokolwiek dotyczy, choćby te najbardziej skryte, zostaw je. Zostaw też siebie. Niech idzie tam twoja dusza i ciało, siebie zostaw, zapomnij o sobie. Przede wszystkim zostaw mamę. Zostaw … ona i tak jest przy tobie … jeszcze tego nie rozumiesz? 

Czasem, a nawet często, a właściwie zawsze trzeba doświadczyć tego, czego się najbardziej boisz, tego, co cię najbardziej przeraża, tego, co jest twoim największym lękiem, gdy w ten sposób pokonujesz ten najwyższy szczyt, poprzez obserwację, zajrzenie mu w oczy, pokonujesz też wszystkie inne. Wtedy, po raz pierwszy, doświadczasz chwil bez lęku, bez smutku . Tak tworzysz swoją drogę idąc.  
To samotna wędrówka. ... to wspinaczką bez pomocnych dłoni ... bez asekuracji. Im więcej niebezpieczeństw, tym więcej poznania i zrozumienia, tym bliżej jesteś tej chwili i siebie. Zawsze, gdy jest zagrożenie, jesteś bliżej siebie, niż innych. Więc idź tam bez mamy. Teraz też martwisz się o siebie, a mniej o mamę i nie miej z tego powodu poczucia winy ...

Jezus mówił, by znienawidzić ojca i matkę, by móc być jego uczniem. To metafora i rozumiesz ją teraz. Prawda? – a drugi głos w niej odpowiadał:

- Tak, ale to wszystkie takie trudne. Wiem, chcę to zrozumieć intelektualnie, ale to nie ta droga, tędy się nie da. Wiem, ale jakoś cały czas te myśli się pchają, a im je usilniej odsuwam, tym je bardziej wzmacniam.

Od czasu naszej pierwszej wspólnej  górskiej wyprawy, od czasu, gdy głęboko weszły we mnie twoje słowa o miłości, a przecież byłam małym dzieckiem, to hasło stało się najważniejszym słowem. Wręcz kluczem. Ale wtedy było tylko troje drzwi, do których ten klucz pasował: mama, góry i ty. Ty byłeś obcy, ale cię pokochałam, bo nauczyłeś mnie najważniejszej w życiu rzeczy, pokazałeś palcem jak można kochać.  Tak, najpierw dotarły do mnie tylko słowa, a później przez wiele lat patrzyłam na twój zapamiętany wizerunek, kogoś, kto kocha i to zadziałało mocniej i dopiero wtedy zaczęłam odczuwać.  Byłeś mistrzem, od którego ta energia płynęła. Teraz wiem, że w różnych kierunkach, płynie we wszystkie strony świata.  Teraz czuję, że odejście mamy jest taką próbą prawdy mojej miłości. Czy jest przywiązaniem, czymś płytkim, posiadaniem rzeczy, choćby w osobie mamy, czy też jest energią, prawdą? 

Tak, to próba. 

Gdyby mama nie zachorowała, gdyby nie szykowała się do odejścia, nic by się nie zmieniło, a tak nadarza się okazja na wielką zmianę we mnie. Powinnam być wdzięczna mamie, a nie opiekować się swoim żalem i mieć pretensje do niej, że mnie opuszcza.

To wszystko wiem, ale co z tego, że wiem. Mówiłeś, że wiedza nie jest warta nawet funta kłaków, ale jak ją wyrzucić, przecież tyle jej mam. Duża część pochodzi od ciebie, ty mnie zainspirowałeś jej poszukiwaniem i szukałam. Teraz to jest moje obciążenie. Tyle tego nazbierałam. Próbuję, czasem nawet uciekam od siebie, próbowałam nawet na wszystko zobojętnieć, ale wtedy ciagle płaczę. Czuję, że obojętność to też ucieczka, że stosuję same ucieczki. Myślałam o założeniu rodziny, o zakochaniu się, ale ja już jestem zakochana, … i nie jestem w stanie tej miłości wyrzucić. – patrzyła na starców, a ten pierwszy głos mówił:

- Dużo mówisz aniołku, bardzo dużo. Dobrze. Dam ci ćwiczenie. Zrób je teraz. Ruszymy w naszą drogę ku Rysom, ale zanim obejdziemy Morskie Oko, zanim dotrzemy na szczyt, zrób to ćwiczenie. Zmień diametralnie całe swoje nastawienie. Ty cały czas wyobrażasz sobie świat bez mamy, teraz wyobraź sobie świat bez ciebie.

Zobacz, jak funkcjonuje świat po twoim odejściu. Jak ja nadal chodzę po górach bez ciebie. Jak mama rano sobie popija kawkę, a ciebie nie ma przy stole, jak gotuje zupę tylko dla siebie, jak ci wszyscy, którzy koło ciebie tak biegali, żyją sobie spokojnie bez ciebie. Zobacz, jak szybko zapomnieli o tym, że istniałaś, jak szybko zapomnieli, że bez ciebie nie będą mogli normalnie żyć, a przecież ci to mówili, obiecywali. Zobacz świat bez ciebie, zobacz, że nawet mama będzie musiała się z tym pogodzić. Zobacz mamę, która zaakceptowała twoje odejście. Zobacz to wszystko. Zrób to ćwiczenie teraz. – gdzieś wewnątrz niej te słowa przeleciały szybko, tak jakby Piotr wypowiadał je znużony jej „marudzeniem”, przywiązaniem do schematów myślowych, które cały czas wracają zmieniając jedynie swoje mundurki.

Piotr wstał, dał hasło do wymarszu i ruszyli. Znowu się coś w niej uśmiechnęło, bo poczuła, że jest coraz bardziej zharmonizowana ze światem, że jej wewnętrzny dialog „słyszą” też inni, że Piotr słyszy i akurat w tym momencie wstaje i mówi. Poczuła, że drży, że jakaś energia, której nie znała do tej pory obudziła się w niej. Może nigdy na nią nie zwracała uwagi, a teraz przez przypadek ją odkryła. 

Zadała sobie najtrudniejsze w życiu ćwiczenie. Niby patrzyła na ścieżkę, na cudny świat obok niej, nad nią, ale nie było w tym jej duszy i serca, pochłonęły ją myśli. Piotr obserwował ją i wierzył, że za kilka chwil przebudzi się z myśli, bo one muszą umrzeć po takim szoku, jakim jest marsz tą górską ścieżką.

Widział na jej twarzy smutek, przerażenie, ale już po paru chwilach trochę się rozluźniła, powoli znikała powaga, a pojawiał się uśmiech.  On nie znał powodu tych zmian, natomiast ona zaczęła się bawić światem bez siebie, bez jej w nim udziału. Już przy podejściu na Czarny Staw, gdzieś powyżej limby stojącej tam od wieków roześmiała się głośnym śmiechem.  Nie interesowało ją to, czy ten śmiech ktoś widzi, czy ktoś się nim przejmuje, coś w niej puściło. On się zdziwił, bo teraz było inaczej niż zwykle, nie było płaczu, lecz śmiech.

Nic nie mówił, tylko obserwował świat gór i jej świat. Jeszcze parę razy posmutniała, parę chmurek przepłynęło przez jej twarz i oczy, ale za każdym razem po tej chwili smutku, czy nawet strachu, pojawiała się wesołość, uśmiech, a nawet głośny śmiech. Okrążyli w międzyczasie Czarny Staw i zaczęła się już stroma ścieżka. Ona spojrzała na niego uśmiechnięta i podniosła w górę kciuka, a za chwilę oba ramiona w geście radości. Ułożyły się one w kształt literki V, w symbolu zwycięstwa. W tym momencie wróciła jej obecność.

Szli od tej pory krok za krokiem, ona pierwsza, on drugi.

Nie padło żadne słowo, jakby przez nich nie przepływała żadna myśl. Nie było żadnego strachu, żadnego słowa o pięknie i groźbie otaczającego ich świata gór, ale to połączenie z tym pięknem było, to się czuło. Teraz góry i ta para: mistrz i jego uczennica, mistrzyni i jej uczeń, powoli zbliżali się do najwyższego szczytu.

Gdy stanęli na szczycie, obok żelaznego krzyża, popłynęły z niej to na przemian łzy płaczu i radości, smutku i ekstazy. W końcu trudno było rozpoznać, jakie było ich źródło.

Stąd rozejrzeli się wokół. Zobaczyli inne szczyty, doliny, jeziora, majaczące w oddali miasta, ludzi, którzy, nie wiadomo skąd znaleźli się obok nich. Zobaczyli to, co w oddali, ale też i w głębi siebie. Wtedy wypowiedział do niej przesłanie, a ona uważnie go wysłuchała:

- Pamiętaj! Nie wierz we mnie, ani w to, co powiedziałem, nie wierz niczemu, czego sama nie doświadczysz.

Chwilę później doświadczyli tęczę widoczną z oddali, gdzieś daleko hen nad równiną. Gdy rozpłynęła się w promieniach słońca, ruszyli w dół.

Nie rozmawiali, nie wyrazili słowem wdzięczności, lecz czuło się, że tym, co ich przepełnia jest właśnie wdzięczność.

Czy wdzięczność, była owym zrozumieniem? Czy było jeszcze inne zrozumienie?

Czy to był tylko szczyt górski? Czy tylko ten szczyt dziś zdobyli? Czy odczuli, że już wyżej się nie da?

Czy można było rozdzielić ten skalny szczyt od tego, który osiągnęli, a nie był tu widoczny?

Czy można tu było cokolwiek rozróżnić: co jest życiem, a co śmiercią, co jest górą, a co doliną, kto jest tu kim, kto jest mistrzem, a kto uczniem?

Czy można poznać, co tu jest strachem, a co miłością?

Czy można tu zauważyć jakąkolwiek granicę? Czy taka istnieje?

Czy od tej pory i matka, i córka, dwa aniołki, odczuły, jak piękną częścią miłości jest samotność? Czy potrafiły się rozdzielić, przerwać pępowinę i cieszyć się sobą? Czy znalazły odpowiedzi na dręczące je pytania?

Czy u obu aniołków zniknęły pragnienia i towarzyszący im strach?

Czy umarło w nich poczucie siebie, czy ich dusze uwolniły się od blokującego je  „ja”? 

A któż to wie? I po co wiedzieć? Co można zyskać, wiedząc? Można tylko stracić: i miłość, i obecność, teraz i tutaj. Można też wdrapać się na najwyższą górę i nic stamtąd nie wnieść do serca i duszy, można nie pomnożyć wartości, można niczego nie odkryć.

Czy warto się wtedy wspinać?

Warto. Warto, bo zdobywając najwyższe szczyty, nie ma gwarancji, że się coś otrzyma, albo coś straci. I na tym polega piękno.

Tym jest ufność: nieoczekiwaniem, niepragnieniem, drogą serca.

 Nie rozmawiali już w dalszej drodze, ani o mamie, ani o miłości, ani o śmierci, ani o górach.

Wrócili do domów bez lęku, bo patrząc ze szczytu na życie w ufności, wznieśli się ponad śmierć. 


I miłość, i śmierć są czymś zupełnie innym niż to, o czym myślimy.

 

P.s. Dokładnie rok po tej wędrówce z aniołkiem na najwyższy szczyt dostał wiadomość tej treści:

Przepraszam, iż tak długo czekałeś na wiadomość, wybacz proszę … prosimy (płaczę z radości). Gdy opowiedziałam mamie o Twoich i moich słowach „na szczycie”, usłyszała pewnie jeszcze coś innego, może coś, co było między naszymi słowami, coś, co popłynęło z gór i dolin, z Twojego i mojego serca i duszy, zniknął w niej lęk, a pojawiła się akceptacja, głęboka ufność.

Od czasu naszej zeszłorocznej wędrówki, w moim i mamy doświadczaniu życia, były dwa wielkie wydarzenia: W mamie umarło to, co nieprawdziwe, tego nie byłam świadkiem, lecz po owocach, tj. jej ciszy „to” rozpoznaję. I drugie: narodziło się prawdziwe, pojawiła się tęcza (pamiętasz ten znak na szczycie?).  Jestem „tego” świadkiem.

Od tego czasu ciało mamy zaczęło zdrowieć … oto tajemnica życia, oto tajemnica życia i śmierci. Świętujemy każdą jego chwilę, każdą jego tajemnicę. Płynie … przepływa przez nas radość i wdzięczność dla Ciebie, dla gór i dolin, dla wszystkiego.

Teraz rozumiemy i doceniamy wielkość twego serca – od pierwszego naszego spotkania wszystkie twoje słowa to była mantra, w której dawałeś to, co zawsze miałyśmy: prawdę i miłość, a zabierałeś to, czego nie miałyśmy: strach. On nie istnieje, wymyśliłyśmy go i opiekowałyśmy się nim.

I póki ten fałsz nie zniknął, póki deszcz strachu nie opadł, to, co prawdziwe – tęcza prawdy i miłości, schowana wśród chmur myśli, nie mogła się wznieść.

By to zrozumieć musiałyśmy przejść wiele gór i dolin. Dziękujemy, że na tych najważniejszych szczytach byłeś z nami. Tak, wierzymy tylko temu, co doświadczamy. Nasze doświadczanie tworzy naszą drogę.To droga serca.

Dziękujemy, że jesteś.

I jeszcze jedno: mama mieszka tam, gdzie do tej pory, a ja mieszkam za granicą, lecz ona nas nie dzieli. Mimo dużej odległości nie jesteśmy samotne, bo nie potrzebujemy niczego, co by tę samotność zabijało.

Jeszcze raz dziękuję!

P.s. Może kiedyś … i śmieję się. Ty też pewnie się śmiejesz, nieprawdaż?

 

Posłowie.

Trzy lata później dostał list. Gdy go otworzył, w środku znalazł zdjęcie, bardzo stare zdjęcie, zrobione gdzieś w Tatrach. Widoczną w tle halę wypełniały fioletowe kwiaty, wierzbówka kiprzyca, kwiaty, których nazwy kiedyś nie mógł zapamiętać, ciągle gdzieś umykała. Wśród kwiatów były trzy postaci. Zwrócił uwagę na dwie: kobietę trzymającą za rękę małą, może pięcioletnią dziewczynkę. Tak, rozpoznał w nich aniołki.

Gdy odwrócił zdjęcie znalazł ręcznie zapisany maczkiem tekst:

Witaj, Piotrze! Oglądałyśmy z córką nasze stare górskie albumy, zdjęcia z naszych wędrówek po Tatrach. Wśród nich były te, które ona zrobiła w czasie wspólnych wypraw z Tobą. Wspominała swoje ostatnie zdjęcie na Rysach, trzy lata temu, to było w ogóle ostatnie zdjęcie z gór. Odszukałyśmy nasze pierwsze i jakież było nasze zaskoczenie…  Gdy to odkryłyśmy płakałyśmy tak długo, aż wypłakałyśmy wszystkie łzy. Otóż ta fotka z naszego pierwszego wyjazdu w góry, pięć lat przed pierwszą wyprawą z Tobą, nad Dolinę Cichą … patrzymy na nią i widzimy tam oprócz nas … Ciebie. Spójrz, ten fotografujący góry i kwiaty mężczyzna, to Ty. Spotkaliśmy się z Tobą i tego nie wiedziałyśmy i Ty też nie wiedziałeś. 

Przyjrzyj się Piotrze, to na pewno Ty. I jeszcze jedno: to jest jedyne wspólne zdjęcie z Tobą, jedyne, gdy w trójkę jesteśmy razem. Dokładnie 45 lat temu byliśmy w górach razem, w tym samym miejscu, a tylko życie o tym wiedziało, taki był jego plan. Zostało to uwiecznione przez osobę, która sprawiła mi mnóstwo przykrości, ale z powodu tej jednej, jedynej fotki, jestem mu niezmiernie wdzięczna. 

Och życie, jakież jesteś cudowne! Pozdrawiamy i przesyłamy powiększoną odbitkę na pamiątkę.

Aniołki   

 

Piotr Kiewra