poniedziałek, 11 grudnia 2017

Świąteczne światełka i światło wewnętrzne


Z lasu lekko przystrojonego śniegiem, ze ścieżki zaszklonej grudniowym mrozikiem, wkroczyłem na moją ulicę. Mimo wczesnej szarówki tu jasno, migająco, świątecznie …

No właśnie, świątecznie?

Jakby na potwierdzenie mojego zawahania, sąsiad ponarzekał na świecidełka, na głupi zwyczaj strojenia domów lampkami na kilka tygodni przed świętami. Ponarzekał jeszcze na żonę, która się uparła, by „wywiesić cały posiadany i zbierany latami arsenał, którym trzeba okablować wszystkie drzewka przed domem, w ogrodzie, na żywopłotach, jakoś pozaczepiać to na okapach dachu i kto wie, co jeszcze jej przyjdzie do głowy? No i trzeba wydać sporo na prąd!”

Po chwili wyrzucił z siebie jeszcze opinię na temat jakości „tego szmelcu, który nadaje się tylko na śmietnik, bo uparcie nie chce świecić … i już”.

Nie wiedziałem, co mam powiedzieć, by go jakoś pocieszyć, a przy okazji nie urazić żony, która i tak pewnie będąc gdzieś w ciepłym kuchni zaciszu, by tego nie słyszała i nie namyślając się, gdzieś od serca, wyszło ze mnie: ważniejsze te światła wewnątrz nas, a nie te wokół!

Sąsiad ochoczo i ze śmiechem się ze mną zgodził i zostawiłem go w wyraźnie lepszym humorze.

Jednak tych moich parę słów zostało we mnie na dłużej i na tyle głębiej, że postanowiłem je zapisać i zadać sobie pytanie:

Które światła, te na zewnątrz, czy te wewnątrz nas, ważniejsze, bardziej świąteczne?

Chyba powinna być jakaś równowaga! - zauważyłem. - Bo skoro tyle na zewnątrz, to i tyle wewnątrz. A przyznam się, że …  tych jakoś nie widać, no nie widać.

Wcale nie jesteśmy bardziej od środka rozświetleni i to nie tylko, na co dzień, ale i od święta. Jakaś taka wśród ludzi grudniowa szarość i mroczność (nie mam nic za złe dla grudnia – jest jaki jest): to samo w słowach, to samo w myślach i chyba w sercach i duszach. Jakoś tam nie widać światła, ani w oczach, ani na twarzach, ani w energiach serc i dusz. Nic stamtąd nie mruga, nie jaśnieje, nie rozświetla ani dróg, ani życia.

I chyba z tego powodu, by ukryć niedobór światła ze źródła, tak mocno oświetlamy ulice, drzewka i domy, i … telewizory swoją uwagą.

Ja chyba naprawdę jestem dzikusem, bo nie mam telewizora i nie mam lampek, a w „lustrze”* to zobaczę, jak tam jest z moim wewnętrznym światłem. - obiecałem sobie.

Hej!

Pozdrawiam świątecznie, życząc całej mocy wewnętrznego światła i to nie tylko na Święta!

P.s. Ta uwaga o wewnętrznym świetle, przypomniała mi coś, co wydarzyło się bardzo dawno temu: o pewnej dziwnej wróżbie, którą mnie ktoś dotknął, a do teraz nie bardzo wiedziałem, o co w niej chodzi i nagle … ale o tym osobno.

*Lustro. Tu lustro to ludzie, zdarzenia, świat, który mnie otacza i odbija mnie, to kim jestem.

Piotr Kiewra

 

Tęcza

Mówiłem ostatnio o sąsiedzie i jego świątecznych lampkach. Gdy jakoś tak spontanicznie zauważyłem, że „ważniejsze te światła wewnątrz nas, a nie te wokół” przypomniałem sobie pewną bardzo dziwną postać i jej równie dziwną wróżbę.

Otóż, byłem jeszcze młodzieńcem i pewnego czerwcowego południa, po jakichś tam studenckich egzaminach, spacerując świeżo po burzy parkową alejką, ktoś – nie wiem, czy to mężczyzna, czy kobieta, bo mógł to być równie dobrze on wyglądający jak kobieta, lub ona ubrana jak mężczyzna, powiedział/powiedziała patrząc na mnie: „widzę tęczę”!

Rozejrzałem się wokół i faktycznie na części nieba wśród ociekających kroplami wody liści ujrzałem wyraźnie półkolistą tęczę. Pokiwałem więc twierdząco głową w stronę dziwnej ni to kobiety, ni to faceta, a on, czy ona, do mnie:

- Powróżę ci!

Ja na to: - Nie, nie chcę!

W odpowiedzi usłyszałem: - Muszę ci to powiedzieć: Widzę w TOBIE tęczę! – to „w tobie” tak mocno zaakcentował/a i na dodatek palcem wycelował/a w sam środek mnie, że aż mnie zatkało. Po chwili zapytałem jednak: - Co to oznacza?

A on/ona na to: Kiedyś się dowiesz. Gdy będziesz gotów, poznasz to światło, tę tęczę. Pamiętaj o tęczy, o pełni kolorów! – odwrócił/a się i tyle było tej dziwnej przygody.

Dzisiaj przypomniałem sobie tęczę.

Czy ona już we mnie jest? Może na razie sobie tylko o niej przypomniałem. Dzisiaj już wiem, dlaczego użyta została ta metafora, dorosłem by ją odkryć, bo magia jej odkrywania zaczęła się już dość dawno. Coś się działo i dzieje, jednak dopiero dzisiaj te odkrycia skojarzyłem sobie z tamtą wróżbą. Dzisiaj też wiem, dlaczego tak trudno mi było rozpoznać płeć tej wróżki, czy wróżbity.

Wszystko przychodzi w odpowiednim czasie.

Dojrzewanie to nie starzenie się, to coraz większe zrozumienie, to coraz bliżej pełni jaką jest tęcza. Ona w nas jest. Teraz wiem, co ją zasłania.

 

Teraz i ja mogę Ci powróżyć:

Otóż, widzę w Tobie tęczę.

Nie zapomnij! Ty jesteś tęczą!

 

I jeśli teraz jeszcze nie rozumiesz, to nie przejmuj się, nie staraj się odszukać podpowiedzi. Nie spiesz się – przyjdzie. Może przy okazji zawieszania świątecznych światełek, lub przy spoglądaniu w „lustro”.

No to Hej!

 

Piotr Kiewra

poniedziałek, 4 grudnia 2017

W proch cię obrócę


Kiedyś, w pełni jesieni, gdzieś w lesie, przyglądałem się opadłym liściom i tym, które rozluźniały swój kurczowy do tej pory chwyt i znalazły się, na chwilę, w zawieszeniu, między swoim dotychczasowym domem, a czekającym je procesem rozpadu, stawaniem się prochem.

I chyba - jak zawsze w takich chwilach, gdy się przyglądamy naturze, naturalnym tam procesom, to odnajdujemy tam siebie, widzimy tam wizję swojej śmierci i coś jeszcze głębszego niż śmierć.

Gdy wiatr zakręcił liśćmi, gdy je poruszył, zaszeleścił nimi, to wydało się mi, że mówi do nich, a może … naprawdę mówił, może … mówił do mnie.

Na pierwsze jego słowa, w tym pierwszym sygnale zrozumienia tych słow, pojawiła się we mnie pretensja: nie zabieraj mi nadziei, pociesz mnie, ukaż mi … pomóż w znalezieniu sensu w tym wszystkim.

Po paru chwilach zrozumiałem, że właśnie to robi, że odbierając nadzieję, nie pocieszając, głosząc po swojemu okrutne prawdy, pomaga, zbliża do prawdy, do zrozumienia.

Wszystko jest odwrotnie …  ale o tym później.

Patrzyłem na świeżo spadłe liście, ślady po zeszłorocznych i biorąc między palce proch ziemi, glębę, zdałem sobie sprawę, że z prochu powstałem i w proch się obrócę. I jakby na potwierdzenie, wiatr wyszeleścił mi parę zdań na ten temat, parę z pozoru gorzkich słów:

- Nie pocieszę cię, przysporzę ci bólu, zadam ci cierpienie, od tej chwili nie będziesz mógł zapomnieć, że obrócę cię w proch, tak jak te liście. Niepotrzebnie martwisz się o przyszłość – nie masz żadnej. Wszelki ślad po tobie zaginie, żadne słowo, żadna myśl, żaden cień po tobie nie pozostanie. Żaden … 


Zdmuchnę ślady twoich stop na piasku, twoje imię wypisane na drzewie, czy nagrobku, w ludzich i księgach. Rozwieję wszelką o tobie pamięć i tę złą, i tę dobrą. Pójdę jeszcze dalej, zniszczę wszelką materię, której dotknąłeś, nad którą się tak wysilałeś, zniszczę  wszystkie twoje dzieła, przewrócę wszystkie ściany i mury, które postawiłeś, obrócę w perzynę efekty twojej pracy ... Rozwieję proch z tego na wszystkie strony.

Niedługo zapomną o tobie wnuki po wnukach. Ani ptak o tobie nie zaśpiewa, ani woda nie zaszumi, ani człowiek nie wspomni. Nic. Zapadniesz się w wieczną ciszę.

Nie zaciskaj więc dłoni. Nie napinaj się, nie gromadź, nie zbieraj pamiątek, nie rzeźb w kamieniu swego popiersia, bo i kamień w piasek zamienię, a piasek w proch.

Nie czepiaj się niczego, żadnego słowa, żadnej opini, żadnego pragnienia, żadnego planu, nawet życia.

Twój trud by cokolwiek zachować, by zapisać się, by coś znaczyć, jest daremny. Wszystko i tak wyrwę z twych dłoni, a i one zostaną zapomniane.

Więc usiądź w ciszy i patrz na moje dzieło, poczuj, zrozum. Poczuj, zrozum ten proch, tę nicość. Już się tam zapadnij. Poddaj się mi, nie walcz. Zobacz … ciebie już nie ma.

Popatrz na tę drogę, idziesz po niej, a nie zostawiasz śladów. Spójrz trochę dalej … droga jest pusta. Zobacz jeszcze dalej, twój dom jest pusty, nie ma tam ciebie. Są twoi, synowie, córki, wnuki, przyjaciele, mężowie i żony, a nie ma tam ciebie. Nawet słowem nikt cię nie wspomni, nawet nie uroni łzy. Może raz w roku, gdy spojrzą w płomień świecy, gdy pokontemplują wśród nagrobków i opadłych liści ... ale to też jeszcze tylko przez parę następnych chwil …

Patrzysz na ten świat bez ciebie i zauważasz: „Świat beze mnie? Wygląda tak cicho i poukładanie, tak spokojnie.  Moje przyjście na świat niczego nie zmieniło, moje odejście też nic ... Wiosna nadal przychodzi, a trawa rośnie sama. Budzi się dzień, nastaje zwykły poranek ...  i nikt nie zauważa mojej nieobecności. Ludzie rozmawiają, płaczą, śmieją się - zajmują się sobą beze mnie ... tak jak do tej pory.”

Spójrz na tych, którzy cię kochali, na tych, których kochałeś, gdzie oni są, co z  ciebie w nich zostało?

Wiedz, że to, co z prochu powstało, w proch obrócę, nie dotknę zaś tego, co z prochu nie jest. - uciszył się, nie zaszumiał już o niczym, nie wyszeptał ani słowa, zostawił w spokoju obumarłe liście.

A mimo, że nie było w tym słowa pocieszenia, że zniknął ostatni promyk nadziei, to poczułem spokój, harmonię i wolność.
 I ... zniknął strach.

Tak, dopiero teraz zrozumiałem, czym wolność jest, czym ona naprawdę jest.


Tak, gdy odpuszczamy zajmowanie się prochem, gdy otwieramy swoje dłonie, gdy otwieramy wszystkie swoje okna i drzwi i pozwalamy hulać dowoli wiatrowi w naszym domu, gdy pozwalamy wodzie się nieść po rzekach życia, odnajdujemy – samo do nas przychodzi, to, co z prochu nie jest i w proch się nie obraca.

Tak wszystko jest odwrotnie. Ze wszystkim tak jest: i z nadzieją, i wolnością, i radością, szczęściem i miłością. Tak jest z prawdą i tym … „kim jestem."

Tak, wiele można zrozumieć, obserwując, jak wiosną trawa sama rośnie, a jesienią opadają liście.


Piotr Kiewra

czwartek, 26 października 2017

Prawo odwrotnego skutku



- Ciociu, co ci dolega? Jesteś markotna, nieobecna,  podenerwowana, jakaś taka … inna niż zwykle? – zapytał Piotr

- Bo nic mi nie wychodzi. Wszystkie moje plany wzięły w łeb. Piotrze, jak to jest z tym „Sekretem”? Im bardziej się staram, im bardziej pozytywnie myślę, im mocniej chcę, tym gorzej. Wszystko jest odwrotnie. Teraz to zauważam. Jak to jest z tym naszym myśleniem? Rozmawialiśmy kiedyś o „Sekrecie”, ale chyba nadal go nie rozumiem. Jak ty to robisz, że jesteś taki cichy i spokojny? Masz, tak to postrzegam, to, co chcesz? Jak to jest? Powiesz? – odpowiedziała pytaniami.

- Oj ciociu, „Sekret” trudno zrozumieć intelektualnie, to coś bardziej duchowego. Ciociu, to jest prawo odwrotnego skutku.  – stwierdził.

- Nie znam, nie znam , ale chyba to obserwuję. Tak, chyba tego doświadczam: chcę radości, chcę zwalczyć chorobę, chcę coś wokół siebie naprawić, chcę komuś pomóc, coś dobrego dać światu, a tu nic z tego nie wychodzi. Staram się: pozytywnie myślę, a tu coraz większe smutki, coraz więcej biedy, coraz więcej narzekania wokół. Wszystko się psuje zamiast naprawiać. Żadna moja misja się nie powiodła. Powiedz, zdradź mi to prawo! – poprosiła.

- Tak, wszyscy tego prawa doświadczamy. Znamy je ze swojego życia: chcemy dobrze, mamy piękne intencje, fantastyczne marzenia, pełnimy szczytne misje, chcemy walczyć ze złem, z chorobą, a skutki są opłakane, jest odwrotnie niż chcemy. Stąd tyle w nas niepokoju, stresu. Takie plany, a skutek odwrotny. Jesteśmy coraz bardziej zdesperowani, coraz bardziej agresywni, coraz mniej w nas nadziei i wiary, coraz więcej drżenia, coraz więcej napięcia, coraz bardziej nas to nakręca i motywuje - cały świat próbuje nas motywować i media, i ludzie wokół nas, i trenerzy rozwoju osobistego, wszyscy … a tu – odwrotnie.

 Osho i inni mistycy, od tysięcy lat, mówią nam o prawie odwrotnego skutku, o tym, że „naturą pragnienia jest niespełnienie” … Mówią o tym, że drobne, nieistotne materialne rzeczy i zdarzenia możemy przyciągnąć do swojego życia, niektórym się udaje nawet zgromadzić fortunę, ale nie są szczęśliwi, bo to prawdziwe pragnienie pozostaje niespełnione. Tobie też parę drobiazgów się w życiu udało. Gdy o czymś nie marzyłaś, nie pragnęłaś, przyszło samo. Pamiętasz takie rzeczy? Pamiętasz „kropelkę”? A gdy się nastawiłaś, gdy zaprogramowałaś swoje życie, gdy zaczęłaś o tym myśleć, mówić i działać, to … figa z makiem. Chciałaś schudnąć,być szczęśliwą, chciałaś by cię kochano? Co z tego miałaś? Co zostało na dłużej niż chwilę? Co zostało na zawsze?

Ciocia tylko czekała na głębszy oddech Piotra i natychmiast się wstrzeliła słowami:

 - No tak Piotrze, tak właśnie jest. Tak to działa. To powiedz mi w takim razie, co mistycy proponują? Co ty zrobiłeś, jakie jest to twoje myślenie?

- Ciociu, oni nie proponują myślenia, żadnego działania, wręcz przeciwnie. Oni proponują zrozumienie … zrozumienie siebie, swojej prawdziwej natury, swojej prawdy, swojej ciszy. Oni proponują zaufać sercu a nie umysłowi. Nie proponują żadnych działań, wręcz przeciwnie, mówią:

Siedzę w ciszy

Nic nie robię

Wiosna przychodzi

A trawa rośnie sama”

Widzisz ciociu? Rozumiesz? Twoje serce się z tym zgadza? Bo moje się zgodziło, zaakceptowało. Mało tego, moje serce zawsze takie było, to jest jego „filozofia”, tylko mój umysł się z tym nie zgadzał, on miał swoją filozofię na życie, tylko on o tym nie wiedział. Stąd nasze cierpienie, stąd ból egzystencjalny, stąd cierpienia świata. Wykreowaliśmy to wszystko naszymi myślami, nie tylko tymi negatywnymi, lecz również tymi pozytywnymi. Nigdy tak naprawdę nie wiemy co jest dobre, a co złe. To, co dla nas dobre, dla innych złe, to co teraz dobre, za chwilę jest złe. Stąd właśnie piekło: nasze dobre intencje go stworzyły.

Mistycy mówią o poddaniu się, o zaufaniu, o całkowitym powierzeniu się Egzystencji, Całości, Bogu … Bo przecież Bóg, Egzystencja, Całość i tak wie, co jest naszym pragnieniem, tym czystym, nieskażonym, prawdziwie naszym, nienazwanym, niematerialnym, duchowym, wiecznym. Tak, wie o tym, więc po co szukać? Po co się niepokoić? Po co napinać? Po co walczyć? Po co myśleć, modlić się i działać? Tak, gdy się modlisz okazujesz tym samym brak ufności, przeciwstawiasz się boskiemu planowi. Jezus powiedział Tomaszowi: „Jeśli się modlisz to grzeszysz” …

Wszystkie nasze misje są niepotrzebne, a nawet szkodliwe. Psujemy świat nimi, psujemy boski plan, okazujemy swój brak zaufania, okazujemy swoje ego, swoją ludzką pychę …

Zobacz, wysłuchaj, zrozum: Jezus powiedział, by się przyjrzeć ptakom niebieskim, bo przecież nie sieją i nie orzą … Tak, one się oddały życiu, i tak jest ze wszystkim, oprócz … człowieka. On ma swoją wizję świata i od jego początków niczego tu nie naprawił, a wręcz wszystko zepsuł. Jego pomysł, by stworzyć cywilizację, by wymyśleć prawo własności, by wymyśleć podziały, granice, pieniądze … W czym ten świat wymyślony przez człowieka jest lepszy od raju? No w  czym ciociu?

- Teraz rozumiem. To jest twoja tajemnica. Stąd twój spokój. Stąd twoja cisza. Czemu mi o tym nie mówiłeś? – zapytała z żalem w głosie.

- Ciociu, każdy musi do tego dorosnąć, każdy musi do tego dojrzeć, każdy człowiek musi to ciche pragnienie odnaleźć sam w sobie, każdy sam musi się zmierzyć ze swoją samotnością, każdy musi poznać siebie, i każdy ma być sobą. To jest nasza jedyna misja: być sobą. Wtedy znika prawo odwrotnego skutku, wtedy znikają pragnienia i wtedy:

Siedzę w ciszy

Nic nie robię

Wiosna przychodzi

A trawa rośnie sama”

 – i zamilkł.

Twarz cioci wypogodziła się, zmarszki wyprostowały, oczy uśmiechnęły, ciało w sposób widoczny się rozluźniło, a wokół i w nich samych zapanowała cisza. Tak głęboka, tak radosna i bezdźwięczna … że znikły pytania i odpowiedzi.

Słychać było tylko jak „rośnie” trawa.

 

Piotr Kiewra  

środa, 11 października 2017

Świętość


Są częste zjawiska i są też niezwykle rzadkie. Są – w ludzkim przekonaniu - czyny wielkie, heroiczne, ale są i pospolite i tak samo jest ze świętością: jest ŚWIĘTOŚĆ i jest aspiracja.

Świętości jest niewiele, prawie w ogóle jej nie ma. Mówię o tej prawdziwej, bo tej głoszonej, opisywanej – religijnej jest wiele, lecz nie jest ona prawdziwa, bo wynikała z aspiracji do bycia świętym. Wszelkie starania, wszelkie pragnienie świętości ją przekreśla. Wg mnie świętość jest wrodzona, jest naturą, naszą naturą i może się objawić z powodu …  bezinteresowności i braku pragnienia bycia świętym.

Bezinteresowność jest zjawiskiem niezwykle rzadkim. A prawdziwa bezinteresowność – ta trwająca całe życie, wobec nie tylko pojedynczych – wybranych istnień, lecz wobec całości jest świętością, jedyną prawdziwą świętością.

Świętość jest miłością w której, nikt i nic nie jest odrzucone, w której żadne z istnień nie jest wyróżnione ani zapomniane. Ze świecą szukać takiej miłości i  świętości.

Gdy usłyszałem o tym człowieku, od razu pomyślałem, iż jest święty.

Inni, o których słyszymy starali się nimi zostać, podejmowali wysiłki, starali się wyróżnić , być lepszymi, bezgrzesznymi, pomocnymi … Niektórzy nawet cierpieli na pokaz … Ginęli by usłyszał o nich świat, oddawali ostatnią koszulę za wdzięczność, finansowali kościoły, nauczali świętości całe tłumy, by kupić zbawienie, budowali biblioteki, uniwersytety, budynki, miasta, by zapamiętano ich imię. Wspomagali biednych, by pisano i mówiono o nich, by uspokoić sumienie. Sami sobie w ten sposób stawiali pomniki.

Tak, gdy nie ma absolutnej, anonimowej, bezinteresowności, to jest stawianie pomników sobie samym. To nie jest świętość.

Natomiast ten człowiek jest święty.

Przez 37 lat sadził las. Nie dla siebie, nie dla innych. Odbudowywał to co zniszczyła cywilizacja, wróg natury. Wyśmiewano go, traktowano jak głupka, w końcu zostawiono samemu sobie. Każdego dnia, drzewko za drzewkiem -dni, tygodnie, miesiące, lata, dziesiątki lat, całe życie. Sadził i sadził.

Po prostu sadził drzewa. Gdy go pytano: po co? – nie wiedział.  Sadził i już.

Odbudowywał boskie dzieło. Tylko święty człowiek może budować, bo jest zharmonizowany z boskością. Każdy inny człowiek, budując niszczy, każda misja jakiej się podejmuje jest niszczeniem, sprzeciwianiem się boskiemu planowi. Żadna nawet najbardziej szlachetna – w ludzkim pojęciu - misja tego nie usprawiedliwia. Lecz prawdziwego budowania prawie nie ma, nie słyszałem o tym. To jest jedyny wyjątek.

Dla mnie jest to jedyny święty o jakim słyszałem.

 

Piotr Kiewra

środa, 9 sierpnia 2017

Przewodnik w sandałach


Dróg jest miliony. Prowadzą do różnych celów, lecz w większości są fałszywe, bo cel okazuje się mirażem, widmem, który dotknięty, znika, nie przynosi poznania, nie okazuje się prawdą. Więc po wielu błędach zatrzymujemy się na rozdrożach pełni lęku, wśród różnych znaków, boimy się ruszyć, bo może znowu, na końcu kolejnej drogi doznamy rozczarowania, zetknimy się ze światem iluzji – fałszywego szczęścia, pozorów miłości, kamiennego, czy nawet złotego posągu bóstwa, ale okaże się … to nie tego szukaliśmy.

Tak najczęściej bywa - mimo długiego życia wędrówka się jeszcze nie zaczęła.

By odnaleźć drogę, tę właściwą drogę - w każdej chwili, trzeba być uważnym, całkowicie zaangażowanym, w pełni oddanym i ufnym, tak by nie przegapić właściwego początku: znaku, doświadczenia, cierpienia, lub tej właściwej osoby – przewodnika.

Trzeba jeszcze jednego – być gotowym do wędrówki – gotowym do poznawania tego, co na powierzchni i w głębi.

Oto opowieść o początku takiej wędrówki. Usłyszałem ją kiedyś na jednym z tatrzańskich szczytów, od człowieka, który patrzył na góry poprzez łzy. Nie były to jednak łzy smutku, czy cierpienia. Były to łzy ekstazy.

 

Wraz z grupą znajomych i przyjaciół wybraliśmy się w góry, w Tatry, bo najwyższe, bo podobno najpiękniejsze, bo to i tamto.

Była to, dla większości uczestników, pierwsza górska wyprawa. Dla mnie trzecia, nie licząc tych szkolnych, rutynowych wycieczek, gdzie biegało się za nauczycielem i wynajętym przewodnikiem. Słuchało się tysięcy jego słów, patrzyło bez specjalnego zaangażowania na wskazane palcem rzeczy. Wszystko widziało się i czuło spoza jego pleców, spoza pleców i hałasów innych uczestników wycieczki. W ten sposób gór się nie dotyka, choć coś gdzieś w nas może się poruszyło, może coś, … ale, to minęło, uśpiło się.

Ruszyliśmy.

Znowu poczułem się jak na szkolnej wycieczce. Tak niewielu nas, a tyle hałasu: śmiechów, krzyków, tysiące głośnych słów na dziesiątki różnych tematów. Co chwilę zdjęcia: to na tle dolinki, to jakiejś górki, drzewa, skraju przepaści i różnych takich widoków, w dużej części przesłoniętych naszymi postaciami.

Spośród naszej piątki jeden kolega był szczególnie wygadany. Był w górach może piąty lub szósty raz, więc między słowami o polityce, o sukcesach i nieszczęściach, o wzlotach i upadkach materialnego, i mentalnego życia, chwalił się swomi górskimi zdobyczami.

Z jego to opowieści wnioskowaliśmy, iż pasja gór to ilość zdobytych szczytów, zaliczonych trudnych szlaków, szalona odwaga, która pozwala bez wahania przejść po jakichś tam klamrach, łańcuchach i drabinach, lub bez lęku zawisnąć nad przepaścią. Wg niego, góry to dostarczyciel emocji, adrenaliny, sprawdzian dla ciała i sposób na budowanie odwagi, no i może trochę widoków dla pochwalenia się fotkami wobec potomnych (oczywiście ze sobą, na pierwszym planie).

Największy wśród nas znawca gór prowadził nas szybko, ciągle poganiając, no, bo przecież mieliśmy zdążyć, by się wspiąć gdzieś wysoko. Sapaliśmy więc okrutnie, nogi mdlały, niektórym już odechciało się gadać. Nawet nasz samozwańczy przewodnik zamilkł. Dlatego, co parę minut, zatrzymywaliśmy się dla złapania oddechu.

Na jednym z takich postojów zwrócił naszą uwagę starszy mężczyzna o siwych, rzadkich, lecz długich włosach, który szedł powoli, krok za krokiem, wydawało się – zbyt wolno - jak dla nas, lecz mimo to, któryś raz z rzędu nas mijał. Gdy ruszaliśmy ostro pod górę, szybko go doganialiśmy, wyprzedzaliśmy i … robiliśmy postój. A on znowu, wolno idąc, przechodził obok.

Przypatrzyliśmy się mu wtedy baczniej: szedł w jakiś niemodnych, krótkich spodenkach i koszulce oraz narzuconej na nią flanelowej, kraciastej koszuli, z podwiniętymi rękawami, rozpiętej, lecz zawiązanej z przodu za dolne poły. Na plecach niósł mały, stary plecaczek. Na stopach miał sandały.

No i oczywiście te sandały stały się przedmiotem żartów moich towarzyszy, bo gdzież w sandałach w góry? Bezpieczeństwo, itd., itd. … mądrowali się wielcy znawcy gór, lecz, gdy ten stary człowiek dotarł pierwszy do kolejnego zakrętu ścieżki i poszedł bez odpoczynku dalej, miny moich towarzyszy zrzedły. Dogoniliśmy go kolejny raz zziajani, spoceni, na miękkich nogach, a on? A nic, spokojnie, kroczył bez pośpiechu, z miarowym oddechem - jakby na spacerze po miejskim deptaku.

I tak jeszcze kilka razy mijaliśmy się na naszej górskiej ścieżce, aż za którymś razem, dogoniliśmy go, gdy się zatrzymał. Stał już powyżej granicy lasu, blisko krawędzi urwiska i wpatrywał się w dal: w głębię doliny, na okoliczne szczyty. Stał nieruchomo jak posąg i patrzył.

To patrzenie, tak to zapamiętałem, było niesamowite: był tak zaaobsorbowany, tak zaangażowany, tak oddany, że aż … zjednoczony z tym, na co patrzył.

Wlepiłem w niego oczy, aż mnie przebiegł dreszcz, coś we mnie drgnęło. W tym momencie przestały mnie interesować opowieści moich kumpli, ich drwiny, ich żarty ze starego człowieka. Poczułem jego wyjątkowość, jego indywidualność i jeszcze coś innego, coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Otóż wtedy, po raz pierwszy, poczułem góry: patrząc na niego, na jego sposób patrzenia, poczułem Tatry.

Chyba dotarło do mnie to, co on czuł, bo gdy sam na nie spojrzałem, to zobaczyłem zupełnie coś innego niż do tej pory. Zobaczyłem góry i doliny, słońce i chmury, ludzi w tych górach. Zobaczyłem to oczami, ale zobaczyłem też coś inaczej, czego nie mogłem i nie mogę do dzisiaj wyrazić słowami.

Tak sądzę, że było to patrzenie sercem - moje serce okazało mi swój język: odczuwanie.

Nie wiem, czy da się to inaczej nazwać. Jest tajemnicze, pociagające, silne, piękne, głębokie. Niektórzy nazywają to miłością, jeszcze inni inaczej, ja nie potrafię tego nazwać, więc pozostawiam nienazwanym.

Postanowiłem za nim pójść, a może nawet pójść razem z nim. Nie śmiałem jednak mu przerywać jego patrzenia, jego oddania górom, więc pomyślałem, iż poproszę go później, w dalszej drodze.

Gdy oznajmiłem to moim kumplom, wyśmiali mnie, powiedzieli, że zwariowałem.

I wtedy chyba zrozumiałem, że oni nie są i nigdy nie będą moimi przewodnikami i faktycznie nigdy już nie byli. Z tego, co wiem, co zaobserwowałem później, góry ich nie pochłonęły, nie wkradły się w ich serca i dusze, bo gdy zdobyli parę kolejnych szczytów, gdy nacieszyli się chwałą ze zdobycia najwyższych, stracili zainteresowanie nimi, poszli zupełnie innymi drogami. Gdy do nich wracają, to tylko po to, by zrobić kolejne zdjęcia, i by pokazać nowym adeptom to, co kiedyś stało się ich udziałem, zdobyczą. Ot i tak.

Szedłem za nim, krok w krok,ale w pewnej odległości i … nauczyłem się chodzić po górach. Zrozumiałem, na czym polega tajemnica jego niesamowitej kondycji, nie musiałem go o to pytać. Przyszło samo.

 Później wszystko zaczęło przychodzić samo, nie tylko na tej wycieczce, ale w ogóle, wystarczył ten jeden raz, to pierwsze zrozumienie, to spojrzenie na niego i to stawało się moim udziałem. Z niego przeskakiwało na mnie. To było coś duchowego, niewyrażalnego słowem, ale było na pewno, czułem to.

Gdy zobaczyłem jego niewidoczną na zewnątrz radość, cichy, nieokazany poryw serca, sam to odczułem.

O nic nie pytałem, bo doszedłem do wniosku, że obserwowanie wystarczy, nie musiałem zadawać pytań, by się dowiedzieć. On, nie zwracając się do mnie słowami, stał się moim przewodnikiem, wystarczyło obserwować, czuć.

Zaskoczył mnie w dalszej drodze wiele razy. Kolejny raz, gdy w przepięknej dolinie, tuż obok ścieżki, położył się i patrzył z twarzą przy ziemi na mały kwiatek.

Pomyśłałem, że to dobrze, że kumple ze mną nie poszli, bo śmialiby się znowu ze mnie, że znalazłem człowieka niespełna rozumu za przewodnika.

Gdy nie oglądając się za siebie poszedł dalej, położyłem się i ja, i spojrzałem z poziomu trawy, nagiej skały i żwiru na kwiatek.

Nagle zrozumiałem: on spojrzał na świat z poziomu innego istnienia, w tym przypadku z poziomu kwiatka, małego, skromnego kwiatka, na którego do tej pory nikt nie zwrócił uwagi. Nikt, oprócz niego.

I co zobaczył? I co ja zobaczyłem? Inny świat. Inny wymiar. Inną rzeczywistość. I nawet nie ważne, co zobaczyłem, ważne, co zrozumiałem: wielowymiarowość, różne punkty widzenia. Zobaczyłem górę Kościelec z punktu widzenia kwiatka … i znacznie więcej: pojąłem, jaki jest cel patrzenia, obserwowania, poznawania.

Zrozumiałem też, czym jest oddanie, radość angażowania się całym sobą w poznawanie punktów widzenia różnych istnień, choćby tak małych, wydawałoby się, tak mało istotnych jak ten mały, biały kwiatuszek. Wtedy przyszło do mnie najważniejsze: co, tak naprawdę, jest przedmiotem poznania.

Coś we mnie błysło, a jeszcze większy rozbłysk pojawił się później, gdy weszliśmy na Kościelec, a on patrzył na to, co się wokół roztacza i patrzył na innych patrzących. No tak, ale jak patrzył?

Tak, że widząc go czułem jego współczucie, jego miłość, jego pełnię zrozumienia, bycia gdzieś wewnątrz nas, naszych serc i dusz.

To było tak, jakby widząc całość, widział każdego z nas, każdego członka tłumu obecnego na szczycie, a wraz z tym, coś wysyłał, czymś nas obdarowywał. Obserwował i współodczuwał góry i doliny wokół, ale i te wewnątrz nas - ludzi, jednoczył się sercem z tym na co patrzył.

W końcu sam zacząłem tak obserwować i zobaczyłem prawdziwe góry i doliny, prawdziwych ludzi, i poznałem coś, co z tego obserwowania wynika, sposób na poznanie tego, który poznaje. Oczywiście, nie tak do końca, bo to odkryło się nie od razu, był to proces, ale zaczął się wtedy, tam na górze, wśród tłumu, rozgadanego, rozemocjonowanego, zachwyconego, dumnego z siebie, ze swego dokonania, ze swego dzieła.

Tak, sam odczuwałem ten zachwyt przestrzenią, obecnością w niej szczytów, dolin, połyskujących w słońcu jezior, jak i samego słońca na tle błękitu. Zachwyt kolorami - różnorodnością kolorów i odcieni, zachwyt bogactwem wszystkiego, ale przede wszystkim zachwyt nowoodkrytym postrzeganiem wielowymiarowości, różnic w punktach widzenia. Zachwyt ludźmi, tłumem ludzi i wszystkim, co ich wypełnia, zachwyt samym sobą.

Gdy jeszcze później zeszliśmy w dół, usiedliśmy nad Czarnym Stawem, a on zadziwił mnie kolejny raz: najpierw bawił się kroplami wody czerpanymi dłońmi ze stawu,pozwalał im spływać po swoich przedramionach, nogach i głowie. Rozmawiał z nimi. Rozmawiał w ich - w języku kropel wody, nie w ludzkim. Później jeszcze, kawałek dalej, ponownie położył się na ścieżce nad strumieniem spływającym ze stawu i nasłuchiwał co ten szepce. Zanurzył w rwącym potoku swoje ręce aż po łokcie, po czym nogi w sandałach, aż po kolana. Gdy skończyłi poszedł, dalej, wypróbowałem to na sobie.

Nie znałem języka wody, lecz zdało mi się, że potok dotykając mnie dzielił się ze mną swoją historią i poznawał w ten sposób moją. Ten kontakt z naturą, czystą, górską naturą, oczyścił mnie, sprawił mi wielką radość. Dalej poniosłem tę radość i noszę do tej pory. Potok też coś zyskał … pewnie do dzisiaj mnie pamięta, tak jak ja pamiętam jego.

 

Poczułem, że mogę już zostawić swojego przewodnika, że już mi wskazał początek drogi, że już mi pokazał, czym są góry i doliny, czym są Tatry, te w materii, te skalne, ale i te wewątrz nas, niematerialne, te z zupełnie innej energii. Odkryłem nie tylko początek, ale przede wszystkim cel wędrówki.

Byłem mu niezmiernie wdzięczny, ale nie odważyłem się podejść i mu tego powiedzieć. Zresztą, po co? To wszystko się wydarzyło wewnątrz mnie, nie było to jego kosztem, jego udział był mimowolny, zresztą prawdopodobnie on nawet nie wiedział, iż wybrałem sobie go na mojego przewodnika, na mojego mistrza.

Patrzyłem na jezioro, na głębię zieleni jego toni, na postrzępioną grań szczytów wokół, na cienie rzucane przez nie, na ludzi.

I gdzieś tu, nad Czarnym Stawem, w tamtej chwili, zdarzyło się coś, co miało i ma największą wartość - cisza.

Tak, cisza, nieakustyczna cisza. Mimo obecności rozgadanego tłumu wędrowców, mimo wiatru, mimo głośnego  szumu mówiącego swoim językiem strumienia, zdarzyła się cisza. Później powoli zaczęło do mnie docierać, czym ona jest, a właściwie nieobecnością czego, ona się staje.

Tak, dzięki tej wycieczce po Tatrach i dzięki staremu przewodnikowi w sandałach, zdarzyło się TU i TERAZ.

Czułem się jak nowonarodzony, odświeżony, spokojny, cichy.

I w takim nastroju, bez pośpiechu, po kilku godzinach siedzenia nad stawem i kontemplowania ciszy gór i ciszy samego siebie, zszedłem na dół innym niż wcześniej szlakiem.

Już na dole, w Kuźnicach, w stawku utworzonym przez spływający z gór potok, przemyłem w zimnej wodzie dłonie i twarz. Gdy tak patrzyłem w wodę, ujrzałem kątem oka, pół kroku ode mnie, na sąsiednim głazie, stopy obute w sandały.

Mój wzrok podążył wyżej, w kierunku twarzy mojego przewodnika. Zobaczyłem uśmiechniętą twarz i wpatrzone we mnie oczy.

Zrozumiałem: to on mnie wybrał, a nie ja jego. Skinęliśmy bez słowa głowami i każdy poszedł w swoją stronę.

 

Piotr Kiewra   

niedziela, 11 czerwca 2017

Łódka

Zanim znowu, po wielu latach, spotkałem kumpla z podwórka, dotarły do mnie, czy to plotki, czy opinie o nim, że „mu odbiło”, że „zwariował”, że „mu się pomieszało”.

Kilkadziesiąt lat temu bawiliśmy się razem na „podwórku” w naszej rodzinnej miejscowości: graliśmy w piłkę, chodziliśmy po lesie, po wielkiej łące, którą nazywaliśmy prerią, leżeliśmy tam nic nie robiąc, tylko patrząc w niebo i chmury, siedzieliśmy pod samotnym drzewem tamże, lub w wydłubanej z wielkiego pnia sosny, łodzi, która unosiła nas na tafli jeziora.

Tak sobie wyobrażaliśmy życie, że nic nie trzeba robić, tak jak dzikie zwierzęta i ptaki: nie sieją, nie orzą, a żyją, mają się doskonale, są radosne.

Jego ojciec miał małe gospodarstwo rolne i gonił go do pracy w nim: to do pasienia krów, do koszenia, siania, młócenia, itd., a on uważał, że to nie ma sensu, bo ojciec ciężko pracując nie dorobił się niczego więcej, czego, by nie miały „ptaki powietrzne” i inne zwierzęta - jakiegoś lichego gniazda. Nie dorobił się niczego poza licznymi chorobami, krzywymi nogami, bolącymi od pracy rękami, kręgosłupem. Kumpel uznał, że jego życie będzie wyglądało inaczej.    

Ja wyjechałem, on został. Nie widzieliśmy się od tamtych czasów – każdy z nas realizował się osobno.

I pewnego dnia wędrując po swoich „starych śmieciach”, po lasach rodzinnej miejscowości, wokół jezior, po łąkach, wspominałem stare dzieje, wspomniałem kumpla i nasze dzikie wizje.

Postanowiłem jeszcze odwiedzić nasze stare, samotne drzewo na "prerii", i jakież było moje zdumienie, gdy spotkałem go tam, na odludziu, siedzącego, tak jak kiedyś, opartego tyłem o drzewo. On był tak samo zaskoczony jak ja, choć przyznał, że wierzył, że się kiedyś znowu spotkamy i to właśnie w tym miejscu.

Po kilku słowach, zorientowałem się, że szaleństwo i postradanie zmysłów przypisało mu społeczeństwo:

- Tak jest zawsze – społeczeństwo ma cię za wariata, gdy jesteś i pozostajesz sobą, gdy wracasz do źródła, do swojej własnej prawdy, gdy żyjesz zgodnie ze sobą samym, gdy realizujesz swoją wizję. – tak mi powiedział o sobie i o mnie, bo właśnie o mnie słyszał podobne opinie, jak ja o nim.

Usiadłem obok niego opierając się plecami o drzewo – nasze stare, dobre drzewo, naszego wspólnego przyjaciela, powiernika naszych młodzieńczych tajemnic, fantazji, które stały się rzeczywistością.

Oto, co mi opowiedział o sobie, o człowieku, który wrócił do bycia sobą, o człowieku, który stał się jak ptak niebieski, wolny, radosny, dziki.

 - Jako dzieci i młodzieńcy mieliśmy szalone plany i marzenia, i wszystko było w porządku, bo młodzi ludzie mogą być szaleni i dzicy, mogą mieć swoje własne pomysły na życie. Lecz, gdy wchodzisz w dorosłe życie musisz je porzucić, musisz się stać jak wszyscy, musisz grać tak samo jak cała orkiestra, jak społeczeństwo.

 Musisz to samo robić, tak samo myśleć, za tym samym gonić, tego samego się bać. Musisz to samo mieć, to samo mówić, to samo oglądać w telewizji, musisz, tak jak wszyscy, brać kredyty i je spłacać, by mieć dom, lub mieszkanie, by mieć samochód, telewizor – jak wszyscy. W wolnych chwilach masz czytać gazety, takie jakie czytają wszyscy, masz cywilizować ogród, by stał się taki, jak ty – cywilizowany.

Masz się stać maszyną. Tego właśnie chce społeczeństwo – byś stał się maszyną, taką samą, toczka w toczkę podobną do innych maszyn. Nad tym pracują szkoły, rodzice, media, autorytety, religie, cała cywilizacja. W końcu nasza głowa staje się cywilizowana, znika z niej resztka młodzieńczej dzikości i stajesz się … dorosły. 

Wtedy porzucasz resztki swoich wizji, resztki siebie i od tej pory jesteś robotem. Bierzesz pierwszy kredyt (w jakiejkolwiek postaci, bo mieszkanie, które dostajesz jest swego rodzaju kredytem, dom, który dziedziczysz po rodzicach, też nim jest) i … stajesz się niewolnikiem, bo masz zobowiązania: jesteś przywiązany jak koń mojego ojca powrozem do kołka na łące, jak krowa do pastwiska, świnia do chlewa, pies do budy.

Rozchorowałem się i ja na tę chorobę. Odziedziczyłem ją. Podejrzewam, że ty również.
I po co mi to było? Przecież widziałem przykład mego ojca, wszystkich sąsiadów i wszystkich innych ludzi. Niczego się nie dorobili, poza chorobami ciała i głowy, poza smutkiem, cierpieniem i … niewolą.
Później brniesz dalej, przywiązujesz, niewolisz innych: wychowujesz na swój kształt i podobieństwo swoje dzieci i wnuki, bierzesz na łańcuch nie tylko swojego psa, ale i rodzinę, przyjaciół. Wszystko ogradzasz murem, zamykasz w klatce: fizycznej i mentalnej klatce.

I cierpisz, bo musisz cierpieć, bo tak cię nauczono, że cierpienie wynika z natury człowieka i że trwa dopóki nie skończy się twoje istnienie, albo dłużej …

Nikt ci nie powie, musisz się sam o tym dowiedzieć, że jego przyczyna jest zupełnie inna i że to właśnie ono temu służy, by odkryć prawdę i to odkryć ją teraz, a nie później.

Ludzie patrzą na świat przez pryzmat pieniędzy i materii. Robią to od tysięcy lat. Materia, coś, co tak naprawdę, wg fizyki kwantowej, nie istnieje, stała się spoiwem cywilizacji. Pieniądz stał się centrum wokół, którego kręci się społeczeństwo. 

Tak myślę, gdy pojawiły się pieniądze (w jakiejkolwiek formie), zniknęła ze świata miłość. Miłość i pieniądze nie mogą istnieć razem, obok siebie. Może istnieć albo miłość, albo pieniądze.

Tak samo jest z wolnością: gdy pojawiły się pieniądze, musiała zniknąć ostatecznie wolność.

Tak, rozchorowałem się na tę chorobę. To jest przyczyna wszelkich chorób, gdy za pieniądzem znikają miłość i wolność, pojawiają się wszelkie choroby. Miłość i wolność uzdrawiają, pieniądze – materia, rozharmonizowują, pozbawiają podstaw zdrowia.

Nazywam tę chorobę – bankową, chociaż w przeszłości nadawałem jej różne nazwy. 
Tak było ze mną, tak jest z miliardami ludzi i z tobą. 

Łatwo ją rozpoznać, gdy czujesz, że brak pieniędzy i czegokolwiek z materialnych rzeczy (ja bym dodał od siebie, że nie tylko czegokolwiek, ale i kogokolwiek) jest w stanie popsuć radość życia, ale i wtedy, gdy dostatek sprawia przyjemność.

To oznaki, iż daliśmy się zmanipulować i zostaliśmy zaprogramowani na niewolników. Pieniądze są środkiem nasennym, gdy żyjemy, by zarabiać i je zdobywać - takie życie to sen na jawie.

Któregoś dnia, chyba tutaj pod drzewem, gdy już się mocno nacierpiałem, nasz przyjaciel swoją ciszą mi to wyszeptał: „Cierp więc dalej .... aż się obudzisz.”

Wtedy to przypomniała mi się nasza, dziecinna i młodzieńcza wolność. Wtedy to zrozumiałem, że jako dzieci i nie zatruci jeszcze „dorosłością” młodzieńcy, byliśmy sobą. Wtedy to na powrót zapragnąłem…  być.
Wtedy to stałem się na powrót szalony, dziki i … zdrowy. Zniknęło ze mnie wszelkie napięcie, przestał mnie boleć kręgosłup, spracowane ręce, kolana, przestała mnie boleć głowa. 

Gdy tylko powiedziałem o mojej decyzji paru osobom, odsunęli się ode mnie, bo uznali, że postradałem zmysły. Sprzedałem mój bardzo ucywilizowany dom i ogród, samochód i całą niepotrzebną mi materię, spłaciłem kredyty. Uwiłem sobie tylko gniazdko jak te liche ptasie gniazda i od tej pory tak żyję.

Patrzę na świat i widzę jasno: A oni ciągle handlują swoim czasem, wysiłkiem, walką, zdrowiem, życiem. Ktoś nam wmówił, iż praca czyni z nas człowieka. .. tak to prawda ... jesteśmy ludźmi ... lecz żebrakami ... żebrzemy dla utrzymania się w statusie członka społeczeństwa.

Społeczeństwo to wynalazek właścicieli niewolników.  Ci właściciele to też  niewolnicy ... choć oni tego tak nie widzą.

Nadchodzi dla każdego taki moment, że się zastanawiamy  ... jaki ma sens życie dla ciułania groszy i spłacania rachunków, rat kredytów? Jaki ma sens życie bez widzenia i czucia tego, co nie jest, i nie może być przeliczone w pieniądzu?
Jaki sens ma praca zasłaniająca wszystko, co wartościowe i piękne, ale czego nie da się kupić i sprzedać?

Jaki sens ma inne życie niż siedzenie pod drzewem i obserwowanie ludzi robotów i ludzi maszyn? Tylko to ma sens. Tak. Bycie robotem i maszyną nie ma sensu .... bo roboty i maszyny nie mają serca i duszy ... nie przeżywają bezprzyczynowej radości, nie są bezinteresowne. Nie sprawia im szczęścia po prostu - bycie ... siedzenie pod drzewem i obserwowanie.

I to jest tak: gdy wróciłem do siebie, do źródła, do naszej młodzieńczej wizji, by nic nie robić i żyć miłością i cieszyć wolnością, ozdrowiałem na ciele i w umyśle, ale społeczeństwo uznało, że wtedy właśnie się rozchorowałem. 
Czyli wszystko jest na odwrót, ale społeczeństwo już nie jest moim właścicielem, ja nim jestem. Stałem się nikim dla społeczeństwa i dla siebie samego … i jest mi z tym lekko.

Już teraz, wreszcie, rozumiem słowa Jezusa i innych mistyków, o staniu się na powrót jak dziecko i myślę, że na tym polega dorosłość – dojrzałość, na zrozumieniu tego.

I jeszcze jedno, tak czuję, że właśnie na tym polega zbawienie, że właśnie w ten sposób, tak jak my, siedząc pod drzewem i obserwując siebie, i wszystko wokół, można odkryć ścieżkę do niego.
Pamiętam naszą „dłubankę”, łódkę, unoszącą nas na wodzie, teraz moje życie, unosi mnie jak ta łódź - nie ja decyduję o kierunku i przeznaczeniu, lecz wiatr … i tak chcę żyć. A że innym to nie pasuje, no cóż … to moja łódka i są w niej tylko zdrowi – uwolnieni od choroby bankowej.


Zgodziłem się z każdym jego słowem, bo jesteśmy przecież z jednego podwórka, z jednej ulicy, z jednej „prerii”, z tego samego drzewa, z tej samej wizji, z tej samej dziczy. I tak samo jesteśmy szaleni, lecz to nasze szaleństwo nas uzdrowiło.

*Jest ta choroba częścią jeszcze większej choroby dotykającej człowieka -ludzkość, ale o tej innym razem.


Piotr Kiewra 

poniedziałek, 15 maja 2017

Puścić wiosła, to być sobą


Zapytał człowiek wiatru:

- Jak być sobą?  

Wiatr mu odpowiedział:

- Człowiek to najdziwniejsza istota we Wszechświecie.  Ze wszystkich sił, w każdej chwili i przez całe życie, robi wiele starając  się stać i być kimś innym.  Przez to cierpi i choruje, jest nieszczęśliwy, czuje się niekochany, a co jakiś czas pyta: co zrobić, by być sobą?
 I tylko pyta ...

- Wietrze, i nie ma na to odpowiedzi? – zaniepokoił się człowiek.


- Odpowiedzią jest .. po prostu - bycie sobą, a nie wiedza o tym jak być sobą. – zaszeptał wiatr.

- Co sprawia, że nie jestem sobą? Co mi przeszkadza, co takiego złego robię? Skąd wiesz, po czym poznajesz, że nie jestem sobą? Bo … przecież się staram, szukam tej odpowiedzi, robię wiele. – pytał nadal niespokojny człowiek.

- Dobrze. Powiem ci, wymienię ci co widzę, co czuję, gdy na ciebie patrzę, gdy cię dotykam, ale najpierw ci powiem: zauważ odwrotność między tym, co chcesz, a tym co jest! Zauważ to!

Otóż:
·        Lękasz się
·        Odczuwasz brak … czegokolwiek
·        Poszukujesz Boga, wiary, nadziei
·        Nie ma w tobie bezprzyczynowej radości
·        Nie jesteś w stanie całkowicie zaufać życiu i sobie, i poddać się, puścić wioseł
·        Jest w tobie zazdrość, nienawiść
·        Szukasz czegokolwiek, choćby odpowiedzi na pytanie: kim jestem?
·        Imponują ci autorytety, mądrość i piękno innych ludzi, bogactwo,
·        Jesteś niespokojny
·        Czujesz się samotny
·        Chorujesz
·        Cierpisz
·        Gonisz za pieniądzem, szczęściem, miłością, sukcesem, rzeczami
·        Masz nadwagę
·        Rywalizujesz
·        Walczysz o cokolwiek (choćby ze złem)
·        Porównujesz się
·        Wykorzystujesz innych i odczuwasz, że to inni cię wykorzystują
·        Nie jesteś absolutnie bezinteresowny
·        Nie akceptujesz świata (wszystkiego i wszystkich) takim jakim jest
·        Chcesz cokolwiek zmieniać
·        Oceniasz
·        Chcesz być lepszy
·        Wracasz do przeszłości i wybiegasz w przyszłość
·        Masz marzenia
·        Masz poczucie winy
·        Jest w tobie wiele słów i myśli
·        Ciągle pytasz
·        Obwiniasz innych
·        Jesteś przywiązany do czegokolwiek: do ludzi, rzeczy, wiedzy
·        Bezinteresownie nie obdarowujesz miłością
·        Nie czujesz się wolny
Więc widzisz? Nie akceptujesz siebie. To sygnały niezgody, to twój bunt przeciwko sobie …

Bowiem bycie w zgodzie ze sobą opisują i wypełniają:
Akceptacja, ufność, radość, miłość, wolność.

Oto jedyna odpowiedź  jaka istnieje:

Puść wiosła! Zaufaj! Poddaj się! – wyszeptał wiatr i na tym skończył.

- No tak, to takie proste! Już jestem sobą, lecz na razie rozumiem to tylko intelektualnie, a to zupełnie inne zrozumienie, a właściwie niezrozumienie … Poddać się rzece życia, nie walczyć … Walka, działanie, pragnienia, gonitwy … Uleganie manipulacjom … to takie powszechne i … kuszące i wg obecnego zrozumienia:  jedyne – rzeczywiste – prawdziwe … a tak naprawdę, to wszystko to sen …

Pamiętać! Puścić wiosła!

Pamiętać! To tylko sen! Walczyć, to śnić …

W rzeczywistości wiosła nie istnieją, łódź nie istnieje …

Pamiętać! Puścić wiosła, to się obudzić …

Pamiętać! To jedyne zadanie! – zapadł dotyk i szept wiatru w wewnętrzną przestrzeń człowieka.   

Piotr Kiewra