W dniu, w którym położyłam na biurku dyrektora szkoły, podanie o przeniesienie do pracy jako wykładowcy wyższej uczelni, a on bez namysłu je zaakceptował, rozpłakała się szkolna sekretarka.
To wrażliwa kobieta, czuła, jaką energię rozsiewał wokół, a musiała
go znosić, na co dzień, przez osiem godzin. Szła do domu, a ta energia podążała
za nią, dręczyła nawet we snach. Często się ze mną spotykała, rozmawiałyśmy,
skarżyła się.
W dniu mojego rozstania ze szkołą spotkałyśmy się w parku,
tam na ławce, wypłakała się. Miała kłopoty nie tylko w pracy, ale i w domu, z
mężem i w ogóle jej się nie układało. Nawet zdrowie jej nie dopisywało. Z
jednej strony jej psychikę niszczył stres w pracy, a z drugiej to, co spotykała
w domu. Tutaj nie mogła się odbudować, rozluźnić, nie miała komu wyżalić się, w
kogo się wtulić. Mówiła mi, że była zapatrzona we mnie i że gdyby nie ja, dawno
by zrezygnowała z pracy, lub skończyła ze sobą.
Siedziałyśmy na ławce, spowiadała się, prosiła o radę. Coś
jej pokazałam, a kilka dni później wyjechałam do pracy na uczelni, daleko stąd,
tam się urządziłam.
Następny raz spotkałyśmy się po kilkkunastu latach, gdy
przeszłam na emeryturę i wróciłam do domu babci. Odwiedziła mnie, już też jako
emerytka. Zasiadłyśmy pod lipą. Oto, co mi powiedziała:
„Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę? Dmuchało tak samo jak
dziś. Wtedy płakałam, dużo mówiłam, ty słuchałaś, a naigrywał się ze mnie
wiatr. Ledwie słyszałaś moje słowa. Wylałam w tamtym dniu mnóstwo łez, nie
tylko w tamtym, wylewałam je przez lata. Łzy znaczyły moją drogę do pracy i z
pracy, lały się ze mne w domu, a w szkole musiałam je gorzko przełykać, za wszelką
cenę próbując ukryć je, a pokazywać zadowoloną, lub przyynajmniej obojętną,
twarz. Tylko ty potrafiłaś odczytać moją skrywaną prawdę. Tak było od dnia, gdy
„on” został dyrektorem. Wiem, że utrudniał ci życie, próbował cię zniszczyć,
szantażował, wyzywał cię przed innymi nauczycialami, przede mną, przed
uczniami, miałaś sto razy gorzej niż ja. A ty? A ty nigdy nie powiedziałaś o
nim złego słowa, nie okazałaś przed nim, nie tylko lęku, lecz i cierpienia,
smutku. Była w tobie pogoda. Nie mogłam tego zrozumieć, odkryć tajemnicy twojej
siły. I tego ostatniego dnia… traciłam cię. Traciłam moją ostoję, moją
mistrzynię, jedyny wzór do naśladowania. To dzięki tobie, do tamtej pory, nie rozpadłam
się na kawałki. Dlatego wtedy, tuż po pracy, pobiegłam do ciebie, poprosiłam o
rozmowę.
Pamiętam: był silny wiatr, a my prosto z miejskiego tłoku, ze
szkolnego hałasu, trafiłyśmy do parku, na ławkę w pobliżu starego drzewa. Wiatr
złamał część starego drzewa i rzucił u naszych stóp, suchą gałąź. Pokazałaś mi
ją, a po chwili położyłyśmy się na trawie i kazałaś mi obserwować trawę –
jedno, pojedyńcze źdżbło trawy.
Od tamtej pory ta sytuacja śniła mi się po nocach,
rozmyślałam o tym w dzień, w pracy, w domu, gdziekolwiek byłam. To drzewo i ta
gałąź zostały już we mnie na zawsze i są do dzisiaj. Nie od razu, dopiero po
jakimś czasie zrozumiałam tamtą naukę. Zdałam sobie sprawę z tego w dniu, w
którym ustał mój płacz.
Do tamtej pory to ja byłam tym drzewem. Próbowałąam być
silna, twarda, przciwstawiać się wiatrom życia i w szkole, i w domu.
Próbowałam, lecz wiatr łamał mi gałęzie, powodował wielki ból, wyciskał łzy.
Szum wiatru, to zamieszanie, ten ruch, ciągły, nieustanny ruch, potrząsanie
moimi gałęziami wywoływało we mne wielkie napięcie, kazało być ciągle w
gotowości na następny podmuch. Zapierałam się ze wszystkich sił, by się
przeciwstawić, by wytrwać, by wygrać w tej walce.
A ty mi pokazałaś trawę, małą drobną istotkę na trawniku.
Położyłyśmy się wtedy, jak dwie małe dziewczynki i patrzyłyśmy jak wiatr
próbuje złamać to źdźbło, jak nim potrząsa, nagina w prawo, w lewo, jak je
przyciska do ziemi. Kazałaś mi je zdeptać, a ono… wstało. Nie, nie poddało się.
Zrozumiałam, nie od razu to się stało, lecz pewnego dnia przyszło do mnie… Tak,
siła nie wynikała z wielkości, z twardości, z napięcia, z wielkości włożonego
wysiłku… Nie wynikała z walki, przeciwstawiania się, zapierania się nogami i
rękami, głową… Siła nie wynikała z bycia na „nie” wobec wiatru, wobec życia,
wobec ludzi, wobec czegokolwiek…
Siła wynikała z bycia na „tak”. Poprzez to źdźbło nauczyłaś
mnie tego. Nic nie powiedziałaś, pokazałaś małą, wiotką, słabą, delikatną
istotkę – trawkę. Zobaczyłam w tym źdźble siebie. Od kiedy to źdźbło obudziło
się we mnie, stałam się silna. Od kiedy jest we mnie „tak” dla wiatru, dla
„wiatrów życia” czuję się silna, czuję się niepokonana. Od tej pory nie mam
wrogów. Gdy zrozumiałam, czym jest „tak”, nie mam wrogów, mam samych
przyjaciół, wiatr stał się moim przyjacielem. Od tamtego dnia można mnie było przewrócić,
zdeptać, a wstałabym… Lecz nikt już nie próbował. Owszem i dyrektor, i mąż, i
może jeszcze kilka osób, miało ochotę, miało zamiar, lecz, gdy patrzyli na
mnie, gdy ujrzeli we mnie jakąś niezrozumiałą dla nich siłę, gdzieś wewnątrz
mnie…
Zrozumiałam skąd się brała twoja moc, twoja odporność na
wiatry życia. Pewnego dnia potwierdził to moje zrozumienie dyrektor. Powiedział
do mnie w ten sposób:
„Widzę, że twoja przyyjaciółka nauczyła cię czarów… jak ona
to zrobiła? Wiem, że nie powiesz mi, ale widzę i czuję, że to ona maczała w tym
palce, nauczyła cię gnębić mnie…”
Parę dni później przeszedł na emeryturę. Zauważyłam: nie
dawał już rady, nie miał już siły na walkę… I podobnie było z moim mężem…
poddał się, uznał za pokonanego, chociaż byłam mu przychylna, byłam już wobec
niego na „tak”. Tak, czułam: potrzebował ofiary, a ja, jako źdźbło trawy, nie
nadawałam się na ofiarę. Jako wielkie,
lecz kruche drzewo, nadawałam się, czuł, że mnie może złamać, a trawy,
delikatnej, gibkiej, poddającej się – nie mógł. Nie czuł oporu, nie miał z kim
walczyć… więc uciekł.
Parę dni temu, odwiedził mnie mój brat, ten starszy… Ten, z
którym chodziłaś do szkoły, ten, który jest księdzem.
Kiedyś, gdy jeszcze płakałam, gdy jeszcze walczyłam, gdy
jeszcze byłam na „nie” prosiłam go o pomoc, prosiłam go o radę, o modlitwę do
Boga, o wstawiennictwo w mojej intencji. Później zaczął mnie obserwować, a gdy
się już napatrzył, mówi mi, że zauważył we mnie zmianę, że jest we mnie spokój,
siła, że – tak jak powiedział: „Widzę, że żyjesz w zgodzie z Bogiem.” A ja mu
opowiedziałam o drzewie i o źdźble, o naszej rozmowie w parku, o tym, gdzie
teraz pracujesz, że wykładasz filozofię na wyższej uczelni. Nic nie powiedział, wzruszył ramionami i
pojechał do swojej parafii. Od tamtej pory nic nie mówił, ani o tobie, ani nie
nawiązywał do naszej rozmowy, unikał w ogóle rozmowy na jakieś głębsze tematy.
I tak było aż do teraz.
Sam się odezwał. Ot tak, ni z gruszki nie z pietruszki, mówi
do mnie, o tobie:
„Ona wygrała nie tylko ze mną, ale i z moim Bogiem. Nie wiem,
czy wiesz: zostałem księdzem przez nią. Podkochiwałem się w niej i chciałem
byśmy byli razem. Dała mi kosza, a ja na złość jej, sobie i Bogu, zostałem
księdzem. Tak, wiem, nie dorosłem do niej. Byłem i jestem wobec niej, jak
dziecko. Zdaję sobie sprawę z jej wielkości, z jej znajomości… prawdy. Kiedyś,
dawno temu, ostrzegała mnie, mówiła cytując Jezusa: „Jeśli się modlisz, to
grzeszysz”. Wtedy nie rozumiałem, teraz już wiem – próbowałem wymuszać,
walczyć, próbowałem przekupić Boga. Byłem biznesmenem, a nie księdzem. Gdy mi
to uzmysłowiłaś tą opowieścią o drzewie i źdźble trawy, nagle zrozumiałem
wszystko: naprawdę próbowałem Bogu dyktować warunki, udawałem, grałem głupiego,
kogoś, kto nie zdaje sobie sprawy, że Bóg wie o wszystkim, że próbuję mu
wytłumaczyć, co jest dla mnie, czy dla ciebie dobre. Robiłem z niego jakiegoś
naiwniaka, a z siebie „wszechwiedzącego”. Tak… piorun we mne trzasnął… Naprawdę!
Tak jak ona mówiła: grzeszyłem modląc się. Ona rozumiała słowa Jezusa - już
wtedy, jako młoda dziewczyna, a ja ich nie rozumiałem… Ona powierzyła się
„wiatrom życia” i nauczyła tego ciebie, a ja próbowałem ci sprzedać swoją
wiarę… Tak, to nie jest wiara, to są
same wątpliwości, to słabość, to brak zrozumienia podstaw, to bycie w opozycji
wobec Boga… To nie jest wiara, to niekończące się wątpienie, to bezdenna
pustka, cierpienie…
Byłem swego czasu na jej wykładzie, a nawet zostałem jej
studentem. Uczestniczyłem w jej wykładach przez kilka lat, jako wolny słuchacz.
To tak jakbym na nowo wstąpił do seminarium. Ona studentom wykładała filozofię,
a dla mnie to był przekaz religijny. Wystarczyło jedno jej słowo, jedno „tak”,
bym zrozumiał, na czym polega prawda wiary. Ja szukałem Boga i nie mogłem go
znaleźć, a ty nie szukałaś, a znalazłaś. Twoje „tak” sprawiło, że do ciebie sam
przyszedł i jest ci przychylny… I gdy to „tak” weszło we mnie, nie do głowy,
lecz do serca, gdy spotkało się z tym”tak” w mojej duszy, odnalazłem się. „Nędza”,
o której mówił Jezus, odeszła…”
Tyle mi powiedział mój brat. Przyszłam, by ci podziękować. On
ci już podziękował. Mówił, że tantra mu pomogła, że już zdał egzamin na
księdza, wreszcie go zdał. Wreszcie, po tylu latach, czuje, że powołanie, na
które kiedyś się powoływał jest prawdziwe. Teraz wpuścił do siebie „tak” i
czuje radość. Mówi, że to znak, że jest
na właściwej ścieżce i że… ja jestem na właściwej ścieżce.
Tak, jestem. „Tak” jest właściwą ścieżką. „Nie” jest błędną
drogą, drogą cierpienia, drogą do piekła. Od czasu tamtego źdźbła naginanego
wiatrem, tamtej jego nauki, jest we mnie „tak” i jest znak, że to właściwa
ścieżka: radość. Cieszę się wiatrem życia. Jakby mnie nie zginał, jakby nie próbował
powalić, zdeptać - cieszę się, jestem mu wdzięczna. To „tak”, to nie tylko
„tak”, to również wdzięczność. Mówię i czuję „tak” i to wystarcza, niczego
więcej nie potrzebuję…